niedziela, 7 września 2014

Zagrać w czeskim filmie, czyli dlaczego warto wyskoczyć do Pragi na dwa dni

Spontaniczne wyjazdy są fajne, dlatego właśnie, że są spontaniczne i nigdy nie wiadomo, co podczas takiego wyjazdu się wydarzy. Sprawa jest dosyć prosta: im mniej masz czasu na planowanie wycieczki, tym większa szansa, że natkniesz się na jakieś podróżnicze niespodziewajki. Jedni je lubią, drudzy nie; a ponieważ ja należę do tej pierwszej grupy, to pewnego dnia po Świętach Bożego Narodzenia, zamarzyła mi się wycieczka do jakiejś europejskiej stolicy, która nie zrobiłaby ze mnie bankruta. Po krótkich rozmyślaniach i kilku rozmowach, zadecydowałyśmy razem z przyjaciółką, że kilka dni po Sylwestrze jedziemy do Pragi. I tak też zrobiłyśmy :) 

Praga zaskoczyła nas i to pozytywnie, ale przede wszystkim bardzo. A ponieważ sytuacje, w których zupełnie nie wiadomo o co chodzi, zwykło się określać mianem "czeskiego filmu", to śmiało mogę powiedzieć, że wraz z Madzią przez dwa dni miałyśmy w tym filmie role pierwszoplanowe. Z pośród wszystkich wspomnień i doświadczeń zebranych podczas naszej małej przygody, zdecydowałam się wybrać kilka i przedstawić je w postaci skróconego scenariusza. Mam nadzieję, że ten pomysł Wam się spodoba :) Tak więc...

... na krótkometrażowy film pod tytułem "Dlaczego warto wyskoczyć do Pragi" z udziałem młodych i dobrze rokujących aktorek, Katarzyny Kowol i Magdaleny Wójcik, zaprasza kino Prozaiczny Zoom Optyczny! Rozsiądźcie się wygodnie, z piwem lub kofolą w ręku i knedlikami na talerzu i bawcie się dobrze! B-)

fot. Kasia Kowol

Scena pierwsza
Warto, ponieważ istnieje taka firma, dzięki której dojeżdżacie do stolicy Czech czerwonym autobusem, za stosunkowo niewielkie pieniądze. Przyjeżdżacie też tam na godzinę 5-tą rano, startując o północy z Wrocławia, i dzięki temu, będziecie mogli obserwować jak miasto budzi się ze snu. Ale ale, zaraz! Nie tak szybko! Zanim dotrzecie do centrum, wysiadacie na pustym dworcu autobusowym, gdzie z przykrością stwierdzacie, że zamek w jednym z waszych kozaków (tak, kozaki, mamy początek stycznia), właśnie wniwecz się obrócił (czyt. rozjechał się na zawsze), i trzeba coś z tym zrobić - zważywszy na fakt, że jeśli chodzi o zakup obuwia, to w Pradze nie stać Was nawet na jednego klapka. Używacie wyobraźni, obwiązujecie niesfornego buta gumką do włosów i wciskacie go pod nogawkę spodni typu rurki. No, teraz można ruszać na podbój świata!

Scena druga
Warto, dlatego, że możecie się podszkolić w używaniu mapy. Ustalacie swoją pozycję i kierunek, w którym macie zamiar się udać, czyli centrum (tutaj następuje jakiś 'fast motion', bo w rzeczywistości zajmuje Wam to jakąś godzinę), no i ruszacie. W międzyczasie jeszcze, nie wiedzieć czemu, zanosicie bagaże jakiejś Pani mówiącej po czesku, na przystanek metra, którym notabene nie zamierzacie jechać...(I have no idea what I'm doing?)

Scena trzecia
Warto, bo bocieracie do centrum Pragi, mijacie puste kawiarenki, zamknięte sklepy, pięknie rozświetlony Jarmark Bożonarodzeniowy. Rozkoszujecie się ciszą, przestrzenią i chłoniecie klimat miasta. Zdecydowanie jedna z piękniejszych scen filmu. Do tego spacer mostem Karola bez konieczności przepychania się między tłumem innych turystów, fotografów, rowerzystów itd. - poezja.

fot. Kasia Kowol

fot. Kasia Kowol

Scena czwarta
Warto, ponieważ o 8 rano koczujecie pod pierwszą lepszą kawiarnią, żeby dostać kroplę kawy. Jak już się Wam to uda, to stwierdzacie, że trzeba zażyć trochę kultury i idziecie do Muzeum Komunizmu. Bo jak tu nie wejść do żadnego muzeum? I tak sobie zwiedzacie...

fot. Kasia Kowol 
fot. Kasia Kowol
a potem udajecie się na tradycyjny czeski obiad, no bo jakiż inny może być serwowany w scenariuszu czeskiego filmu? A no różny, bo po dzisiejszych knedliczkach, na następny dzień macie ochotę na zwykłą, prostą, włoską pizzę.

fot. Kasia Kowol

Scena piąta
Drugi dzień rozpoczynacie tradycyjnie. Wybieracie się do Hradczan, gdzie zwiedzacie zamek, kościoły, i leniwie przechadzacie się po wzgórzu, a potem pijecie nieziemsko drogą kawę. Natomiast jednym z ważniejszym odkryć drugiego dnia jest metro, a dokładnie, ruchome schody, którymi się do niego zjeżdża lub z niego wyjeżdża. Kiedy dostrzegacie, że są to najdłuższe i najszybsze ruchome schody jakimi kiedykolwiek jeździliście, to wpadacie na świetny pomysł aby się na nich pościgać /teraz jeśli macie włączoną funkcję 5D, czujecie wiatr we włosach/.

fot. Kasia Kowol

Scena szósta
Pakujecie się z powrotem do PolskiegoBusa i jedziecie bezpiecznie do domu. Rano padacie na twarz i śpicie do godziny 13. Odkrywacie, że film właśnie się skończył ;)


fot. Kasia Kowol



N A P I S Y

K O Ń C O W E


Dziękujemy, że dokonaliście wyboru naszego kina i mamy nadzieję, że miło spędziliście czas. ;)

PS. Dopisywanie poniżej własnych wątków do przedstawionej tutaj historii jest jak najbardziej mile widziane ;) 

Share:

środa, 3 września 2014

Trzy do zera na Stadionie Narodowym, czyli otwarcie siatkarskich Mistrzostw Świata 2014

Już na końcu poprzedniego wpisu zdradziłam Wam, że wybieramy się z przyjaciółkami na mecz otwarcia Mistrzostw Świata 2014 w piłce siatkowej, który miał odbyć się w Warszawie na Stadionie Narodowym. Tak zaiste się stało. W dużym skrócie "veni, vidi, vici", i wrażenia tak niesamowite, a wspomnienia tak wspaniałe, że potrzebowałam kilku dni żeby nieco ochłonąć i zdać tutaj możliwie jak najbardziej rzeczową relację z tego, co się tam działo. Jeśli natomiast chcecie się dowiedzieć jak to było dokładnie, zapraszam do lektury :)  


Oszołomienie i zagubienie


fot. Kasia Kwiecień 
Te uczucia towarzyszyły mi na samym początku, zaraz po wejściu na stadion. Stanęłam w wejściu, rozejrzałam się dookoła, rozdziawiłam buzię i zaczęłam się zastanawiać co ja tu robię i skąd wzięli się ci wszyscy ludzie. Wydawało mi się, że jestem wewnętrznie przygotowana na to, co zastanę na miejscu, ale szybko przestało mi się wydawać. Prawda jest taka, że czułam się kompletnie zagubiona w tym tłumie i zdaje się nie tylko ja, bo dziewczyny podzielały moje zdanie. Tak to jest, że chociaż człowiek już był na wielu meczach siatkarskich, podczas których hala była zapełniona do ostatniego miejsca, to jednak 11-16 tys. osób a ponad 62 tys. kibiców, to jednak jest różnica i to niemała. Muszę jednak przyznać, że powyżej opisanym pierwszym odczuciom towarzyszył i szybko zaczął przeważać, rodzaj takiego swoistego wzruszenia, związanego ze świadomością, że właśnie jest się częścią historycznego wydarzenia, na które czekało się całe życie i które może się już nigdy nie powtórzyć. I to uczucie zostało już ze mną do końca i z każdą chwilą stawało się coraz większe :) Niedługo później udało mi się już zupełnie przyzwyczaić do wszystkiego co działo się wokół i wówczas można już było wczuć się i chłonąć atmosferę całego wydarzenia. A poza samym meczem działo się całkiem sporo!

Śpiewy, tańce i swawole!

Jak to podczas każdego wielkiego otwarcia bywa, zanim przejdzie się do sedna sprawy, konieczne jest wplecenie jakiegoś wątku rozrywkowo-artystycznego. Nie inaczej było również i tym razem, i na scenie obok boiska pojawili się tacy wykonawcy jak Donatan i Cleo oraz Margaret, która wykonała oficjalny hymn Mistrzostw Świata. Ponieważ o gustach dyskutować nie wypada, więc nie będę tutaj wyrażać swojej opinii na temat wyboru artystów; powiem jedynie tak: w tych okolicznościach zupełnie mi to nie przeszkadzało. Miało być rozrywkowo i tanecznie i tak właśnie było. Do tego doszedł całkiem ciekawy występ taneczny, do którego choreografię układał dobrze wszystkim znany Agustin Egurrola, a to wszystko w akompaniamencie skreczów dj'a Adamusa ;) dali radę. Nie obyło się również bez oficjalnych przemówień całkiem ważnych ludzi, w tym uroczyste otwarcie Mistrzostw przez prezydenta Bronisława Komorowskiego oraz krótkie przywitanie prezydenta FIVB Andy'ego Gracy, z którego ja usłyszałam jedynie mnóstwo "thank you, thank you", ale który jak się okazało powiedział wiele ciepłych słów na temat Polski i naszej organizacji imprezy :) Najfajniejszym i najbardziej wzruszającym niesportowym elementem otwarcia było oficjalne podziękowanie dla Piotrka Gruszki za całokształt kariery. Pomysł organizatorów spotkał się z ogromnym aplauzem widowni, a sam zawodnik był tak zaskoczony i poruszony, że trudno mu było cokolwiek powiedzieć.


fot. Kasia Kwiecień (www.babeczkinawybiegu.pl)

Główne Gwiazdy na czerwonym dywanie

W końcu przyszedł właściwy moment na pojawienie się na środeczku stadionu najważniejszych postaci mającego miejsce wydarzenia! Siatkarze wbiegali na boisko po długim czerwonym dywanie, i z tego co sami przyznali, sprawiło im to mnóstwo frajdy i było czymś niesamowitym - nawet dla tych, którzy mają za sobą już kilkaset meczów z orzełkiem na piersi. Ku mojej osobistej radości, najwięcej oklasków zebrał Krzysiek Ignaczak, w co miałam swój niewielki wkład (gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to jest moja ulubiona postać polskiej siatkówki ;) Zawodnicy ogólnie byli pod dużym wrażeniem tego co zobaczyli i przeżyli w Warszawie, o czym świadczą ich późniejsze wypowiedzi. Michał Winiarski na konferencji pomeczowej przyznał, że nigdy nie słyszał tak pięknie wykonanego hymnu Polski; Andrzej Wrona na swoim fan page'u napisał, że dla takiej chwili warto było trenować przez 15 lat; a sam Igła dodał na blogu, że miał ogromną ochotę wbiegać po czerwonym dywanie kilka kroków w przód i jeden w tył, żeby ta chwila dłużej trwała :) Z resztą przeciwnicy również nie kryli swojego zachwytu nad tym wszystkim i oświadczyli, że Polska to jedyne miejsce, gdzie oni jako siatkarze mogą się poczuć jak prawdziwe gwiazdy. 


Mecz i poziom sportowy wydarzenia


fot. Kasia Kowol
Poza całą otoczką towarzyszącą otwarciu Mistrzostw, nie ukrywajmy, że w tym pierwszym meczu chodzi przede wszystkim o to żeby go wygrać, bo inaczej wszystkie barwy stadionu mogłyby nieco zblednąć. Tutaj zadanie należało już do naszej reprezentacji z trenerem i całym sztabem szkoleniowym na czele, chociaż oczywiście kibice na trybunach pomagali jak mogli. Nasi zawodnicy wywiązali się z zadania wzorowo, pokonując Serbię 3:0 i to w świetnym stylu! Z resztą fakt, że przeciwnikom nie udało się przekroczyć bariery 20 punktów w żadnym z setów, jest najlepszym podsumowaniem gry Polaków. Jasne, że Serbowie mogli czuć się rozkojarzeni i przytłoczeni tym co działo się wokół, ale po Naszych z pewnością to też nie spłynęło jak po kaczce i jakoś musieli poradzić sobie z presją, która na nich ciążyła. Poza tym trzeba zaznaczyć, że gołym okiem widać, ią forma naszych chłopaków poszła w górę od czasu Memoriału Wagnera w Krakowie. Szczególnie oko cieszy gra środkowych, sterowana przez wirtuoza i dyrygenta Zagumnego; zagrywki Piotrka Nowakowskiego, który w ogóle jest w świetnej formie; oraz to, że Michał Winiarski rozwinął skrzydła w ataku,a do tego nie można mieć zastrzeżeń do jego przyjęcia. I jeszcze Mariusz Wlazły, który rozkręca się po kontuzji, oraz odkrycie sezonu, Mateusz Mika. Pozostaje tylko życzyć chłopakom, żeby z meczu na mecz coraz bardziej poprawiali swoją grę i poprzez zwycięstwa dopisywali kolejne punkty do tabeli rozgrywek. 

Ale żeby nie było zbyt kolorowo...

Powiem tak: mi, dziewczynom i pewnie znakomitej większości kibiców cała impreza bardzo się podobała i głęboko zapadła w pamięć. Wiadomo, że każdy znajdzie kilka rzeczy, które by zmienił albo które nieszczególnie przypadły mu do gustu, ale takie jest życie - nie zawsze da się każdemu dogodzić, szczególnie wtedy kiedy w grę wchodzi po nad 62 tysiące różnych gustów i guścików. Ogólnie jednak, moim zdaniem, organizatorzy nie zawiedli i zrobili co mogli, żeby świat zobaczył piękno siatkówki w Polsce. Jednakowoż zawsze jak dzieje się u nas coś fajnego, z czego możemy być dumni jako naród, to do głosu dochodzą malkontenci, którzy najchętniej by ten stadion zamknęli na cztery spusty i całe towarzystwo przepędzili do domu, a ich osobisty wkład w kreowaniu pozytywnej atmosfery i całego wydarzenia wynosi zero. Ja na ten temat więcej nie będę pisać, jedynie dodam, że znakomita odpowiedź na tego typu bezpodstawne nieraz narzekania znajduje się w felietonie Marka Magiery, który możecie przeczytać tutaj ;) I tyle w tym temacie.

fot. Kasia Kwiecień

I na koniec...!

Podsumowując, dla mnie to była bomba i petarda, albo petarda z bombą - jak kto woli ;) Na MŚ czekałam od dobrych kilku lat, na mecz otwarcia od momentu kiedy dowiedziałam się, że Nasi zagrają na Stadionie Narodowym, i wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione. Na pewno te chwile, łącznie z odśpiewaniem Mazurka Dąbrowskiego czy Pieśni o Małym Rycerzu przez taką dużą ilość gardeł zapamiętam do końca życia i będę opowiadać o tym przyszłym pokoleniom. Aczkolwiek, mam taką małą nadzieję, że było to pierwsze, ale nie ostatnie tak duże wydarzenie dotyczące polskiej siatkówki... ;)

fot. Kasia Kowol

Share:

czwartek, 28 sierpnia 2014

Ostatni (górski) powiew lata...

Nieuchronnie zbliża się koniec sierpnia, a wraz z nim koniec lata (Captain Obvious at Your service! :P). Na zewnątrz jest stanowczo za zimno jak na końcówkę wakacji - przedwczoraj było u mnie 12 stopni Celsjusza, nie przymierzając niewiele więcej niż w lutym tego roku (będąc w jesiennej ciepłej kurtce wcale się nie przegrzałam)... Stąd właśnie przyszedł mi do głowy pomysł, żeby myślami wrócić do tych ciepłych dni; a że nie wyobrażam sobie lata bez wyjazdu w góry i od kilku lat regularnie zjawiam się w Tatrach, to zabiorę Was teraz na wycieczkę górskimi i niegórskimi szlakami po Zakopanem i okolicach. Jako że każdy turysta ma prawo korzystać z uroków górskich w ulubiony i przystępny dla siebie sposób, uprzedzam, że jest to spacer "po mojemu", na który teraz serdecznie Was zapraszam :)


Rozgrzewka

widok z Sarniej Skały
fot. Kasia Kowol 
Na górskie szlaki zazwyczaj wybieramy się razem z mamą, i ponieważ żadne z nas Kukuczki ani Jaśki Mele, to na początek wybieramy niewysokie i niezbyt wymagające szczyty, w celu rozgrzania mięśni i przygotowania się do nieco dalszych wędrówek. Do tej pory naszą ulubioną górą był Nosal o wysokości 1206 m n.p.m., na który wspinamy się z Kuźnic. Taka wycieczka to niecałe 50 min drogi w górę, a na końcu nasz "spacer" zwieńczony jest całkiem zacnym widokiem na Zakopane i inne tatrzańskie szlaki. Zejść można tą samą drogą albo wybrać trasę raczej krótszą, ale składającą się z dość śliskich i stromych kamiennych schodów. Natomiast w tym roku, dla odmiany, za poradą znajomego, wybrałyśmy się z Doliny Białego na Sarnią Skałę. Jest ona trochę wyższa od Nosala, ponieważ sięga wysokości 1377 m n.p.m. Jest też nieco bardziej wymagająca, ale jak najbardziej do pokonania dla każdego, kto czasem lubi się wybrać na dłuższy spacer. Z Sarniej Skały również można podziwiać piękne widoki, m.in. na Giewont czy panoramę miasta. Dla osób, które podobnie jak my, nie lubią schodzić z góry tą samą drogą, dobrą alternatywą może być zejście do Doliny Strążyskiej - tak dla odmiany :)



Piętro wyżej

Jak podczas każdego porządnego treningu bywa, po rozgrzewce przychodzi czas na właściwy wysiłek. Dlatego też, jeśli pogoda pozwala, stopniowo wybieramy się w nieco wyższe partie górskie. Od razu powiem, że po rozgrzewce nie przechodzimy transformacji jak legendarne postacie z "Power Rangers", i nie przyjmujemy postać alpinistów. W związku z tym, dla niektórych mogą to wciąż być szczyty na rozruch, albo w ogóle śmiech na sali. A że to nie wyścigi, więc ścigać się z nikim nie mamy zamiaru, i mozolnie spindramy się na Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m., i myślę, że tego Pana nikomu przedstawiać nie trzeba), albo do Doliny Pięciu Stawów Polskich (1600 - 1900 m n.p.m.), która również jest bardzo popularna wśród turystów, i do której szłyśmy drogą z Palenicy Białczańskiej. Mimo, że kocham widoki rozpościerające się nad Morskim Okiem, to muszę przyznać, że krajobrazy w Dolinie Pięciu Stawów urzekły mnie dużo bardziej, i jak na moje oko jest to teren wciąż mniej zatłoczony niż Morskie Oko (joł B-)). Zresztą żaden ze mnie Jan Kasprowicz, żeby piękno gór właściwie w słowach oddać, więc lepiej spójrzcie sami ;)


fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol

Takie widoki miałyśmy rok temu, a w tym niestety pogoda nie pozwoliła nam na planowane Czerwone Wierchy i jeszcze kilka innych miejsc. Musiałyśmy więc dostosować się do warunków atmosferycznych i stąd pomysł na wycieczkę na Grzesia, Przysłop Miętusi czy też Iwaniacką Przełęcz. Może to i dobrze, bo w innej sytuacji zapewne byśmy nie wybrały właśnie tych miejsc, a było warto :)


I z powrotem na parter!


fot. Madzia Wójcik
Jak wiadomo, Zakopane czy jakikolwiek wypoczynek w górach to nie same góry. Warto z nich czasem zejść i dać odpocząć spracowanym mięśniom. Ja osobiście nie jestem zbyt wielką fanką nieziemsko zatłoczonych Krupówek, więc staram się wybierać trochę spokojniejsze miejsca, jak np. Droga pod Reglami, albo okolice skoczni (gdzie też przychodzą tłumy, ale nie takie tłumy-tłumy jak w samym sercu miasta). Nigdy też nie pogardzę spacerem w Dolinie Kościeliskiej lub Chochołowskiej - w tej drugiej coś dla siebie znajdą także miłośnicy wypadów rowerowych. 

Zwalniając tempa jeszcze bardziej, żeby się nie nudzić ale też i za bardzo nie zmęczyć, można wybrać się do okolicznych muzeów, takich jak Muzeum Tatrzańskie, czy Muzeum Stylu Zakopiańskiego. Dla osób, które nie przepadają za klimatem muzealnym, fajnym pomysłem jest odwiedzenie domku do góry nogami. Co prawda pamiętam, że tę wizytę przypłaciłam zawrotami głowy i mdłościami, ale warto było :D

Na wszelki wypadek, jeżeli zdarzy się, że nie dopisała ani pogoda, ani humor ani kondycja, polecam wieczór w oldschoolowym kinie "Sokół", znajdującym się w bardzo bliskim sąsiedztwie Krupówek. Panuje tam klimat takiego starodawnego kina, gdzie jest jedno okienko z kasą zaraz przy wejściu i gdzie bilety sprzedaje uśmiechnięty starszy dżentelmen (przynajmniej tak było ostatnim razem ;) Potem trzeba koniecznie wyskoczyć na grzańca albo oscypek do centrum i już wszystko powinno wrócić do normy ;)

Tak jak wspominałam na samym początku tego wpisu, są to Tatry i Zakopane widziane z mojej perspektywy, zwiedzane w sposób który lubię i który sprawia mi przyjemność. Mam świadomość tego, że ta perspektywa z czasem będzie się zmieniać, i kroki będę stawiać coraz bardziej pod górę - przynajmniej mam taką nadzieję. Będę bardzo usatysfakcjonowana jeśli Wam się ta wirtualna letnio-nostalgiczna wycieczka podobała i cieszyłabym się, jakbyście podzielili się jakimiś własnymi sposobami na spędzanie czasu kilkaset metrów nad poziomem morza :) 

PS. W związku z tym, że jutro jedziemy do Warszawy, gdzie w sobotę odbędzie się otwarcie Mistrzostw Świata w siatkówce, to już wiecie jakiego postu możecie się tutaj wkrótce spodziewać ;)


fot. Kasia Kowol

  
Share:

piątek, 22 sierpnia 2014

"To Memoriał, to Memoriał...

... dla człowieka, który nigdy się nie poddał!" Mowa tutaj oczywiście o Memoriale Huberta Jerzego Wagnera, który odbył się 16-18 sierpnia na niedawno wybudowanej, robiącej ogromne wrażenie hali widowiskowej w Krakowie. Dlatego też, w dzisiejszym poście znajduje się swoista mieszanka w postaci krótkiej relacji z turnieju, połączona z moimi subiektywnymi wnioskami i prognozami przed Mistrzostwami Świata; a to wszystko przyprawione ogólnym zachwytem nad halą, w której impreza się odbyła. Read and enjoy :)

"To ku pamięci i w szacunku geście, dla człowieka, który miał wielkie serce"



fot. Kasia Kowol
Na początek kilka słów o Memoriale. Turniej powstał z inicjatywy Jerzego Mroza, przyjaciela słynnego trenera Huberta Jerzego Wagnera, "Kata", który przywiózł z reprezentacją złote medale z Mistrzostw Świata oraz Igrzysk Olimpijskich. Pomysł został wcielony w życie już 1,5 roku po tragicznej śmierci Wagnera, a jego głównym założeniem jest upamiętnienie sukcesów i wybitnej postaci znakomitego trenera. Termin imprezy jest "ruchomy" i organizatorzy zawsze decydują się na jego rozegranie tuż przed jakąś inną ważną imprezą, a wszystko po to, żeby sprawdzić formę siatkarzy oraz umożliwić im dogranie pewnych elementów jeszcze przed rozpoczęciem imprezy docelowej danego sezonu. 

Początkowo turniej rozgrywany był w Olsztynie, rodzinnym mieście Jerzego Mroza. Później zaczęto ją organizować w innych miastach, często tych, w których siatkówka nie jest tak popularna. Turniej ten służy właśnie popularyzacji tej dyscypliny w takich miejscach. Już od kilku lat, razem z przyjaciółmi jeździmy za siatkarzami po różnych miastach Polski i dzięki temu mamy też okazję poznać miejscowości, w których nigdy wcześniej nie byliśmy. Bardzo dobrze wspominam wyjazdy do Gdańska, Zielonej Góry czy Płocka. Każdy z nich miał swój urok i swoiste przygody (łącznie z szukaniem morza nad morzem, czy spuchniętymi kolanami bo bliskim zetknięciu z twardym podłożem, ale o tym może innym razem ;).


Tym razem turniej odbył się w Krakowie, w nowo-wybudowanej Kraków Arenie, w której mieści się rekordowa (jak na hale siatkarskie) ilość kibiców, to jest prawie 16 000. Dla porównania katowicki Spodek może jednorazowo odwiedzić ok. 11 tys. kibiców, a Ergo Arenę, znajdującą się na granicy Gdańska i Sopotu - do 15 000 fanów naszej reprezentacji. Hala w Krakowie jest imponująca nie tylko pod względem wielkości i pojemności, ale również pod względem wizualnym. Jest po prostu piękna. Niesamowite wrażenie robi przede wszystkim zewnętrzny telebim umieszczony na całej długości bryły budynku, na którym wyświetlane są efekty specjalnie dopasowane do danej sytuacji. Z resztą, najlepiej spójrzcie sami.



fot. Kasia Kowol (www.prozaiczny-zoom-optyczny.blogspot.com)


A w środku...


"Oni są tu, oni są tu, ku pamięci robią to i dla sportu"



fot. Katarzyna Kwiecień (www.babeczkinawybiegu.pl)
... w środku też jest fantastycznie, szczególnie kiedy trybuny wypełnione są biało-czerwonymi barwami oraz śpiewem wydobywającym się gardeł najlepszych kibiców na świecie. I nie jest to przesadne stwierdzenie, z resztą, kto kiedykolwiek sam był na meczu siatkówki w Polsce, może to potwierdzić. W tym roku w Memoriale oprócz reprezentacji Polski, wzięły udział drużyny z Bułgarii, Chin i Rosji. Cały turniej wygrali ci ostatni, ale polscy kibice mogli być zadowoleni z postawy naszych zawodników, szczególnie w meczu z Rosjanami, gdzie po ciężkim boju udało nam się wygrać z Mistrzami Olimpijskimi 3:2. Atmosfera była niesamowita, szczególnie w drugim secie, kiedy polscy kibice dopingowali siatkarzy dosłownie na stojąco, śpiewając i klaszcząc rytmicznie bez przerwy przez pół seta. Na trybunach nikt nie odpuścił, jak i na boisku i w końcówce nasze chłopaki odrobiły stratę punktową dzieląca ich od przeciwników, żeby ostatecznie pokonać Rosjan w tym secie i - jak się później okazało - również i w całym meczu. I te słowa nie oddadzą tego co się tam działo, mówię serio. Jedyne podsumowanie, które przychodzi mi do głowy to: WOW. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam :)

"Światowa klasa na parkiecie zawodników, doping jest kompletny niezależnie od wyniku"



fot. Katarzyna Kwiecień (www.babeczkinawybiegu.pl)
Na koniec, mimo iż żaden ze mnie ekspert, to pokuszę się o krótką ocenę formy naszych siatkarzy przed Mistrzostwami Świata i o ogólny komentarz do tego co się wokół naszej reprezentacji dzieje. Tak naprawdę, my jako kibice, nie mieliśmy pojęcia jak wyglądała forma naszych zawodników od czasu meczów Ligi Światowej, po której dostali oni urlop, a potem trenowali we Francji i w spalskim zaciszu, oraz rozegrali mecze sparingowe z Niemcami. Dopiero teraz, na Memoriale, mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy czy coś się zmieniło i czy jest to zmiana na lepsze. I tak: w meczu z Bułgarami widać było chęć do walki, chłopakom udało się doprowadzić do tie-breaka, ale momentami jakby brakowało zgrania i koncentracji - stąd też zapewne przegrana końcówka i wynik 2:3 w całym meczu. Z Chinami nasi zagrali koncertowo; mecz zakończył się wynikiem trzy-d0-zera, ale wiadomo jakie komentarze i myśli pojawiają się po takich meczach: "super fajnie, ale jednak to tylko Chiny". Za to ostatni mecz z Rosją dał wszystkim lekki powiew ulgi, nadziei i optymizmu, ponieważ: Polacy walczyli do końca - nawet w sytuacjach mogłoby się wydawać beznadziejnych; dali sobie radę bez kontuzjowanego Mariusza Wlazłego, który nie ukrywajmy jest jednym z naszych kluczowych zawodników; poprawili te elementy gry, które nie 'pykały' w meczu z Bułgarami takie jak np. zagrywka (Piotrek Nowakowski - mistrz); no i moi drodzy - pokonać Mistrzów Olimpijskich to nie jest jakaś tam błahostka :)

Wiadomo, że to jeszcze nie jest szczyt formy, ale nie chodzi o to, żeby grać idealnie na dwa tygodnie przed Mistrzostwami, tylko właśnie na Mistrzostwach, dlatego wszystko zdaje się iść we właściwym kierunku. Ufamy trenerowi, trzymamy kciuki i czekamy na świetną grę Naszych od 30 sierpnia :) A co do Bartosza Kurka - a raczej jego braku w kadrze i całego zamieszania z tym związanego, to wczoraj w studio Polska 2014 na Polsacie Sport News padły bardzo mądre słowa trenera Mariusza Sordyla. Chodziło w nich mniej więcej o to, żeby nie drążyć teraz tego tematu, nie zastanawiać się czy powodem niepowołania Bartka do reprezentacji przez trenera Antigę była tylko słabsza dyspozycja sportowa, czy coś więcej. Ponieważ ani Bartek ani sam trener nic więcej w tej sprawie nie powiedzieli, nie drążmy tematu. Przyjmijmy wyjaśnienie takie jakie jest i dajmy im spokojne trenować, a na ocenę przyjdzie czas po Mistrzostwach. I ja się pod tym całym swoim pierwszym, drugim i trzecim imieniem i nazwiskiem podpisuję. Tak chyba będzie najlepiej. Dajmy szanse ochłonąć wszystkim, a przede wszystkim samemu Bartkowi i niech potem chłopak do nas wraca i gra co najmniej tak dobrze jak na Mistrzostwach Europy w Izmirze, czy podczas zeszłorocznej Ligi Światowej :)



fot. Katarzyna Kwiecień (www.babeczkinawybiegu.pl)

Wow, poczułam się jakbym była gościem w studiu sportowym Polsatu, którego ktoś zapytał o zdanie <pisanieblogatakiefajne> ;P


A dla zainteresowanych: tekst znajdujący się w cudzysłowach pochodzi z oficjalnego hymnu Memoriały Huberta Jerzego Wagnera, który został napisany przez olsztyńskiego rapera Świdra, i którego możecie posłuchać tutaj :)    


Share:

wtorek, 12 sierpnia 2014

Oświęcim to fajne miasto!

I dla mnie i dla osób, które tam mieszkają, to rzecz oczywista. Niemniej jednak, będąc gdzieś poza domem, nieraz zdarzało się że, po poinformowaniu kogoś skąd jestem, widziałam na jego lub jej twarzy zdziwienie lub zmieszanie. Najczęściej zapadała też krótka cisza, a po niej moje wyjaśnienia, że w Oświęcimiu życie normalnie się toczy i jest to naprawdę fajne miasto. Wiadomo, że smutnej historii tego miasta zmienić nie można i bezwzględnie należy o niej pamiętać, ale dzisiejszy wpis (jako pierwszy w tej serii) ma za zadanie pokazać codzienną, słoneczną stronę mojego rodzinnego miasta - a konkretnie miejsca, w których można na różny sposób, ciekawie i miło spędzić czas :)

Miejska Biblioteka Publiczna - Galeria Książki

Została otwarta w lipcu 2011 roku, dzięki czemu zbiory książek ze wszystkich mniejszych i większych bibliotek oświęcimskich zostały zebrane w jednym miejscu, w centrum miasta, bez konieczności jeżdżenia od jego jednego końca do drugiego w celu wypożyczenia książki. Jest to jednak nie tylko zwykła biblioteka, ale przede wszystkim miejsce, gdzie spotykają się ludzie w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach. Na parterze niemal w całości oszklonego wewnątrz budynku (który przypomina galerię sztuki), znajduje się kawiarnia, gdzie można usiąść, wypić kawę i jednocześnie poczytać gazetę, książkę (przy wejściu można znaleźć punkt bookcrossingu), czy też pograć w szachy. I to dopiero początek atrakcji jakie oferuje nam Galeria Książki. Oprócz zbiorów książkowych, biblioteka posiada w swojej kolekcji zbiory multimedialnych - filmy, e-booki, programy audiowizualne, muzykę - z których można korzystać na miejscu (zapraszamy grupę osób na 'pokaz filmowy' i wpadamy do biblioteki na swoiste kino, ot co!) Ponadto, można tu skorzystać z Internetu, odpalić sobie kurs angielskiego, albo wybrać się na spotkanie autorskie z jakimś pisarzem lub poetą. Najmłodsi również znajdą tutaj coś dla siebie. Po więcej odsyłam Was tutaj :) A jak będziecie kiedyś w Oświęcimiu to wpadnijcie tam koniecznie, choćby po to, żeby zobaczyć w środku ten piękny budynek!


Synagoga - Muzeum Żydowskie

Centrum Żydowskie działa prężnie od 2000 roku, i te działania mają na celu głównie pielęgnowanie pamięci o społeczności żydowskiej zamieszkującej niegdyś te ziemie, pokazanie jak wyglądało tutaj życie przed wojną oraz uświadamianie ludziom do czego może prowadzić nienawiść i nietolerancja. Więcej na ten temat, jak i informacje dotyczące całego miejsca znajdziecie tutaj. Ja natomiast z własnego doświadczenia wiem, że oprócz wzbogacenia wiedzy i świadomości historycznej, w Centrum Żydowskim można również wziąć udział w ciekawych warsztatach, koncertach czy spotkaniach. Oprócz tego odwiedzający mają możliwość obejrzenia wystaw bądź przyjrzeniu się dokładnie jak wyglądają obrzędy religijne, w których udział biorą Żydzi w synagogach. A już po wszystkim miło jest się wybrać do niedawno otwartej kawiarni Cafe Bergson, w której czekać będzie na Was domowe ciasto i pyszna kawa (sprawdzone empirycznie! :P). A rzeczową recenzję miejsca znajdziecie u Kasi).





Zamek

Tak, wiem, że niektórzy się dziwią jak o tym słyszą, ale prawda jest taka a nie inna - mamy w Oświęcimiu zamek! :D Prawdziwy, zabytkowy, z elementami gotyckimi i z wieżą - jak na każdy szanujący się zamek przystało. W środku natomiast, mieści się muzeum, w którym możemy poznać historię ziemi oświęcimskiej, sięgającą hen dużo dalej aniżeli tylko do czasów II wojny światowej. Ze swojej wizyty tam, pamiętam pomieszczenia wystylizowane i urządzone na wzór tych, które niegdyś zamieszkiwali oświęcimianie (mi osobiście najbardziej przypadł do gustu oldschoolowy rower B)). Poza tym, można obejrzeć tam archiwalne dokumenty i fotografie, oraz wspiąć się na wcześniej wspomnianą wieżę. I sami przyznajcie, że budowla znajdująca się na wzgórzu prezentuje się całkiem zacnie:) A po więcej wskakujcie tu. Po odbyciu takowej wycieczki, z zamku można przespacerować się na ...



Planty



czyli park położony nad brzegiem rzeki Soły, gdzie można śmiało wybrać się na spacer, rower albo nawet rolki, ponieważ ścieżki wyłożone są asfaltem. Jakby komuś było mało tych sportowych atrakcji, to może zatrzymać się, zejść z roweru i poćwiczyć na siłowni w plenerze, pośród szumu drzew i śpiewu ptaków ;) Miło patrzeć, jak z parku, gdzie kiedyś wieczorem strach było przejść ze względu na atmosferę i towarzystwo jakie się tam panoszyło, zrobiło się miejsce przeznaczone na odpoczynek i rekreację dla mieszkańców miasta i okolic :)

I na koniec ryneczek :) Po którym można się przespacerować, obejrzeć wystawę, wypić piwko, pójść do kawiarni albo posiedzieć przy fontannie.

Na podsumowanie jeszcze tylko dorzucę, że to nie ostatnia notka dotycząca tego miasteczka, więc szykujcie się na więcej informacji za jakiś czas :)



Share: