sobota, 21 maja 2016

Mała rewolucja.!

Drodzy Kochani!

Jak dało się ostatnim czasem zauważyć, trochę ucichło tutaj na blogu. Nie znaczy to jednak wcale, że pracując nad Volley Travellerem zupełnie zapomniałam o Prozaicznym, o nie nie! 

Szczerze powiedziawszy, od jakiegoś czasu szukałam nowego pomysłu na tego bloga i dość długo nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Postanowiłam więc się nie spinać i nie zmieniać nic na siłę, tylko robić tutaj to, co do tej pory.

fot. Kasia Kwiecień www.babeczkinawybiegu.pl

I wtem! Niespodzianie otworzył się Wielki Worek Inspiracji i cała masa pomysłów w różnych sferach życia spadła mi na głowę - w tym te dotyczące Prozaicznego :).

W związku z tym teraz, tutaj, dzisiaj, w tej chwili, już nie zwlekam: zapowiadam małą - a może nawet Wielką - 

R E W O L U C J Ę!

Na razie nie zdradzę ani słowa więcej, jedynie ładnie i kulturalnie poproszę o cierpliwość. Poniżej i powyżej na zdjęciach ukryta jest niewielka wskazówka, w którą stronę to wszystko powędruje. Tymczasem macham łapką na chwilowe do widzenia i widzimy się za czas niedługi! :)




Share:

środa, 27 kwietnia 2016

Kolorowy Prozaiczny Poranek

Wiosna bywa kapryśna. Szczególnie w marcu i kwietniu, kiedy piękne, słoneczne i ciepłe dni, podczas których wyskakujemy z wszelkich kurtek i swetrów i biegamy po ulicach w krótkich podkoszulkach, przeplatają się z tymi zimnymi i deszczowymi. I wtedy znów musimy przeprosić się z ciepłym odzieniem. Tak samo zmienne jak pogoda, potrafią być nasze nastroje. Ze stanu euforii łatwo przechodzimy w smutek i odrętwienie. Dlatego dzisiejszy Prozaiczny Poranek będzie wyjątkowo kolorowy. W te szare dni, warto sięgnąć do poniższych propozycji.



1. Uszyj swój świat we wszystkich kolorach
Grace zawsze lubiła szydełkować i robić na drutach, więc gdy grupa Souter Stormers zaproponowała jej udział w projekcie artystycznym YES, kobieta bez zastanowienia przyjęła ofertę. Dzięki temu mieszkańcy Selkirk mogli podziwiać jej prace w przestrzeni miejskiej, a sama autorka była zachwycona możliwością upiększenia otaczającego ją świata. Sami zresztą zobaczcie jak za sprawą jej prac otoczenie nabrało kolorów i uroku. Zauważcie też, że Grace nie używa do tego okularów.
I ma 104 lata. Materiał znajdziecie pod tym linkiem <- :).

2.  Kolorowe hamaki
Druga propozycja jest nie tyko kolorowa, ale też mrożąca krew w żyłach, niemniej jakże kusząca! Pewna międzynarodowa grupa hamakowiczów, każdego roku udaje się do Włoch do miejscowości Monte Piana, żeby wziąć udział w akcji promującej pokój i przyjaźń. W tym celu rozwieszają linę z kolorowymi hamakami pomiędzy skałami, a następnie kładą się w nich i... relaksują! Miejsce na tego typu pokaz nie jest przypadkowe – właśnie w Monte Piana podczas pierwszej wojny światowej zginęło 18 000 młodych żołnierzy. Widok kolorowych hamaków między górami przyprawia o dreszcze, ale jest jednocześnie piękny i kolorowy – zobaczcie sami! <--



3.  Relaks w leśnym megafonie
Brzmi jak jakaś słowna zagadka, ale jest jak najbardziej możliwy! Ogromne, drewniane megafony znajdują się w Estonii w „Centrum Natury”. Zostały zaprojektowane przez studenta Birgita Õigusa, po to, żeby osoby przechadzające się po lesie, mogły w takim dyktafonie położyć się i odpoczywać, przy bardziej intensywnych niż zwykle, dźwiękach natury. Z resztą, spójrzcie sami (chociaż wolę powiedzieć posłuchajcie – bo myślę, że podróż do Estonii w tym celu jest naprawdę warta zachodu!). Tutaj link do artykułu!

4. Dom dla hobbita – tak poproszę!
Jeśli kiedyś będę chciała się przeprowadzić w miejsce pełne zieleni, otoczone przez naturę – a dobrze wiem, że będę chciała – to moim największym marzeniem jest zamieszkać w domku hobbita. Teraz pewnie niektórzy popukają się w czółko i pomyślą „tak, tak, no to bardzo fajnie”, ale na szczęście nie będą mieć racji! Taki scenariusz jest zupełnie realny dzięki pomysłowi firmy Green Magic Homes, która oferuje domki wyglądające jak te należące do hobbitów. Dodatkowo ich montaż zajmuje podobno kilka dni i trzy osoby powinny sobie spokojnie z tym zadaniem poradzić. Konstrukcję można umieścić nieco pod ziemią, a na górze posadzić trawę – materiał jest odporny na wilgoć i temu podobne czynniki atmosferyczne. A efekt końcowy – zobaczcie sami! Wyglądają pięknie i naprawdę zastanawiam się jak sprawdziłyby się w polskim klimacie. Kliknij tu, o tu!


To tyle w dzisiejszym Prozaicznym Poranku :). Mam nadzieję, że odetchnęliście głęboko chociaż na myśl o tych pięknych i kolorowych lub po prostu zielonych i naturalnych zjawiskach, które można spotkać na świecie. Dużo dobrej energii na tę wiosnę Wam życzę! :)



Share:

niedziela, 17 kwietnia 2016

Nowe wystartowało!!

Moi Drodzy! Po długim okresie planowania, myślenia, a następnie rozwiązywaniu różnych kwestii oraz problemów technicznych - w końcu mogę wszem i wobec ogłosić: 

zapraszam na swoją nową stronę - www.volleytraveller.pl :)!




Bardzo się cieszę, że ta chwila w końcu nadeszła, bo bardzo nie mogłam się jej doczekać - szczególnie w ostatnim czasie, kiedy wiedziałam, że zostało już naprawdę niewiele drobiazgów do dopięcia. Jak widać jednak udało się i mam nadzieję, że efekt początkowy jest zadowalający. W miarę upływy czasu i wody w rzece strona będzie się oczywiście rozwijać i zmieniać. Mam już nakreślony plan, w którą stronę pójdę, ale nie mam pojęcia gdzie ostatecznie dojdę - i to jest bardzo fajna wizja!

Po co to wszystko?
Kilkanaście lat temu, zupełnie przypadkowo dzięki znajomym znalazłam się na meczu siatkówki w katowickim Spodku. Od tej pory gdzieś tam w głowie zasiało się i wyrosło ziarnko zainteresowania tym sportem, a potem z biegiem lat, rozrosło się do sporych rozmiarów. Później doszłam w życiu do przekonania - wciąż aktualnego - że chcę zajmować się dziennikarstwem i tak zrodziło się marzenie o tym, żeby połączyć zainteresowanie siatkówką z planami zawodowymi. Ufam, że ta strona jest dobrym startem w tę drogę. A że cenię sobie wszelakie podróże, będę miała bardzo dobry pretekst aby robić to częściej!

A o czym to wszystko?
A po tę informację zapraszam już pod właściwy adres docelowy ;). Volley Traveller jest też na Facebooku i - uwaga - na Twitterze! Zachęcam do śledzenia któregoś lub nawet obu tych profili. Będziecie wtedy na czasie i otrzymacie jeszcze więcej materiałów niż znajdzie się na stronie.

Taki jest plan i mam nadzieję, że się powiedzie - trzymajcie kciuki! Od razu zapowiem też, że na Prozaicznym również będzie się działo. Mam kilka szałowych pomysłów i myślę, że już wkrótce się nimi z Wami podzielę :)

Tymczasem it's party time - ja idę świętować, a Wam życzę udanej niedzieli! I do zobaczenia już niedługo :)



Share:

niedziela, 7 lutego 2016

Panie, ale ja wcale nie lubię chodzić po górach!

Na co ja pojadę do tego Karpacza? Żeby się w niebo gapić? A no nie. Bo jeśli ktoś zdecyduje się na wyjazd do Karpacza nie będąc amatorem górskich wycieczek, to wcale nie musi biegać po górach z nieszczęśliwą miną i odciskami na stopach. Jak się okazuje, to miasto ma do zaoferowania dużo więcej niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać :)


W poprzednim wpisie – dotyczącym gór – wspominałam, że Karpacz nie jest typowym górskim miasteczkiem z oscypkami na ulicach i góralską muzyką płynąca z każdego kąta. Jest dużo bardziej spokojne i … zwyczajne, ale ma swój nieodparty urok, tylko trzeba dać sobie trochę czasu, żeby go odkryć. Mnie na samym początku urzekła architektura – stare kamienice z charakterystycznymi drewnianymi werandami – i to był taki moment przełamania, kiedy zapomniałam na chwilę o ukochanym Zakopanem i zaczęłam wsiąkać w Karpacz. A jak już wsiąkłam, to oto co zobaczyłam!

Świątynia Wang
Po raz pierwszy zobaczyłam ją jak wracaliśmy z kolegami z zimowej eskapady dobre kilka lat temu. Już wtedy skojarzyła mi się dobrze, bo oznaczała to, że: po pierwsze przeżyliśmy :D; po drugie mamy na horyzoncie miasto; po trzecie, że zaraz mój epicki kaptur z lodu stopnieje i zamieni autobus w łódź podwodną – i tak prawie się stało ;). W zeszłe wakacje miałam okazję w końcu zwiedzić piękne wnętrze tej ewangelickiej świątyni, która została przeniesiona do Karpacza z norweskiej miejscowości Vang w 1842 roku. Niestety więcej ciekawostek Wam w tym miejscu nie powiem (co zostanie wyjaśnione na końcu wpisu)*. Tymczasem, spójrzcie nań ;)


Muzeum Karkonoskie Tajemnice
Mam słabość do muzeów. Nieważne, czy jest to super-hiper-interaktywne-nowoczesne muzeum, czy też stare, ze spróchniałym stropem i jedna wystawą przy oknie – wystarczy sam muzealny zapach, odrobina tego klimatu i ja już wiem, że muszę tam wejść. Muzeum Karkonoskie Tajemnice akurat należy do tych super-hiper-interaktywnych. Jego tematem przewodnim zdaje się być legenda o Duchu Gór, która jest również nieodłącznym elementem Karkonoszy. Jego bardziej przaśne imię to Liczyrzepa, a jego historia sięga jeszcze średniowiecza. Do czasów współczesnych przeszedł liczne metamorfozy i transformacje, ale historyjki z jego udziałem są niezmiennie i wciąż powtarzane. Wielu z nich możemy posłuchać podchodząc do aparatów telefonicznych w muzeum, przykładając wielką słuchawkę do ucha i obserwując poruszające się figurki. Możemy dużo więcej. Na przykład zagrać na laserowej harfie, poszukać skarbu czy narobić łomotu. Ja się bawiłam przednio! Jakby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o tym miejscu, zaklikajcie na ich stronę internetową (klik).



Miejskie Muzeum Zabawek 
To muzeum urzekło mnie chyba najbardziej – nie tylko w Karpaczu, ale w ogóle. Kto nie lubi przecież zapomnieć na chwilę o Xboxach, iPhone'ach i innych "ajach" i cofnąć się na moment do czasu, kiedy bawiliśmy się pluszowymi misiami czy choćby lalkami Barbie? Swoją drogą wiecie skąd wzięła się taka, a nie inna jej nazwa? Podobno córka twórczyni lalki Barbie miała na imię Barbara - po prostu. Takie i całe mnóstwo innych ciekawostek oraz historii dotyczących również zabawek z dalekiej przeszłości, możemy usłyszeć w słuchawkach przechadzając się między szklanymi gablotami. Zbiory są bardzo liczne i piękne! To miejsce zdecydowanie skradło moje serce – bardzo bardzo polecam :) (tutaj można ich znaleźć w sieci -> klik).





Muzeum Sportu i Turystyki 
To jest właśnie takie muzeum, które z zewnątrz wygląda tak, że po prostu trzeba tam wejść! Po za tym, dajcie mi w nazwie słowo „sport”, to już na pewno takiego miejsca nie ominę. A co w środku? Między innymi narty słynnych skoczków, dawne bobsleje, trochę hokeja, ale … i trochę sztuki :) Brzmi intrygująco? W takim razie śmigajcie do Karpacza! (A wcześniej możecie po prostu zajrzeć tu -> klik).





Także panie, nie musisz pan wcale chodzić po górach ;)
Tak właśnie wygląda Karpacz niegórski, a raczej muzealny. Myślę, że ten wpis oprócz pokazania miasta z innej strony, ma też za zadanie przekonać wszystkich malkontentów spędzania wolnego czasu w miejscowościach górskich, że nie trzeba narzekać, jeśli ktoś nas na taki wyjazd namawia. Uwierzcie mi, że w takich miejscach zawsze znajdziecie coś dla siebie, a rezygnacja z wypadu, może pozbawić Was wielu atrakcji! Także Karpacz podziwiam, Karpacz polecam i obiecuję kolejne turystycznie i nieturystyczne wpisy w najbliższym czasie :).

* Dla tych co wytrwali do końca, anegdotka ze zwiedzania Świątyni Wang:
(dialog mój i Mojej Mamy:
K: Zwiedzanie z przewodnikiem po polsku dopiero za 20 minut, teraz wchodzi grupa niemiecka. Czekamy czy idziemy?
MM: No to może poczekajmy? Pamiętasz jeszcze coś z niemieckiego?
K: Tak, pewnie! Miałam na studiach, na pewno damy radę! Szkoda czasu, bo się pogoda zepsuje, a jeszcze chcemy iść w góry.
.... (5 minut później, siedząc na ławeczkach w środku)
MM: No i co, i co mówią?
K: Że kościół został tu przeniesiony z Norwegii, że bardzo dawno temu, że zacny zabytek..
MM: No i co jeszcze?
K: Yyyy... nic ważnego! Skup się na architekturze, nie wnikaj! 
Wniosek: Nie zwiedzaj Kościoła Wang z grupą niemiecką. WARTO POCZEKAĆ TE 20 MINUT. Naprawdę warto. :D


Share:

piątek, 22 stycznia 2016

2015...

... był rokiem dobrym. Intensywnym. Ze swoimi kryzysami i chwilami totalnej euforii. Z masą wzruszeń i teczką irytacji. Na pewno nie był nudny i jestem przekonana, że 2016 też taki nie będzie. Wiem, że mamy prawie koniec stycznia i czas na wszelakie podsumowania już minął, ale jakoś tak głupio jest mi zostawić ten temat „nieruszony”. Dlatego – jeśli kogoś to ciekawi - zapraszam na fotograficzne ujęcie minionego roku. Pod nim znajdziecie plany blogowe na nowy!






To tylko część wspaniałych ludzi, chwil i miejsc obecnych w moim życiu, bo po prostu nie zawsze był w zeszłym roku czas na to, żeby pstrykać zdjęcia ;) Niemniej jednak, jestem najszczęśliwsza na świecie za to, że jesteście w moim życiu (ci, których nie ma na zdjęciach, też wiedzą, że są tu  -> <3 :) Duszyczki z Rybackiej, Wigilijka Squad, Dziki Bez z Gromiecka, Mysz, ekipa ze studia na Nojego, I NIE TYLKO!) i za to wszystko, co mi się przytrafiło. Dziękuję też wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają, czasem zostawia komentarz - bez Was Prozaiczny zupełnie nie miałby sensu! :) 

2016...
... też będzie dobry :). Na własne potrzeby zaplanowałam nazwać go Rokiem Odważnych Decyzji. I mam nadzieję, że taki właśnie będzie! Jeśli zaś chodzi o bloga – bo myślę, że właśnie tak kwestia jest najbardziej interesująca z punktu widzenia czytelników – Zmiany. Od jakiegoś czasu wspominam tutaj o nowym projekcie, ale do tej pory na wspominaniu się kończyło i najwyższy czas to zmienić. Idzie nowe i dlatego też istotna część treści sportowych i podróżniczych będzie pojawiać się teraz na innej stronie, która jest obecnie dopracowywana technicznie, ale mam nadzieje, że lada dzień zacznie wyglądać przyzwoicie i będę ją mogła śmiało pokazać światu. Obiecuję, że Wy będziecie pierwsi :)! Powiem jeszcze tylko, że całość powstaje dzięki ogromnej pomocy mojej przyjaciółki Kasi  (Oazy Spokoju i Studni Mądrości :D) i bardzo Ci za to DZIĘKUJĘ! :) 


Jeśli natomiast chodzi o Prozaicznego, to oczywiście nie zostanie porzucony i zapomniany! Co więcej, myślę, że otoczę go jeszcze większą troską i zaangażowaniem, bo jego charakter stanie się bardziej osobisty, taki bardziej mój :). Oczywiście zostanie pewna część sportu i podróży, ale będzie też więcej miejsca na muzykę, kulturę, książki i własne przemyślenia. Jeśli chcielibyście żebym urządziła tutaj jakiś nowy dział albo rozwinęła jej z już istniejących, to bardzo proszę o wiadomości z sugestiami! Na pewno będzie się dużo działo – to już teraz mogę obiecać :). 

Tymczasem zabieram się do pracy i życzę dobrego, odważnego 2016 roku! :)



Share:

poniedziałek, 5 października 2015

Do czego służy jesień?

Panie i Panowie, mamy jesień w pełni, co widać za oknem, na drzewach i na termometrach (brawo, Ameryka właśnie została odkryta). A skoro już przyszła, to można się zastanowić, po co? W dzisiejszym tekście znajdziecie odpowiedź na pytanie: do czego służy jesień? :)

Do zbierania orzechów i grabienia liści

Te czynności są zarezerwowane tylko i wyłącznie na tę porę roku. Dlatego nie należy sobie tego odmawiać, bo potem będziemy żałować. Tym bardziej jak się ma na podwórku trzy drzewa orzecha włoskiego i jeden laskowy. Także liści ci pod dostatkiem, a jeśli ktoś myśli, że tegoroczna susza zaszkodziła owym drzewom, to jest w błędzie: nie nie zaszkodziła. Jest więc co zbierać i można przy tym się nawet zrelaksować i oderwać na chwilę od patrzenia w komputer (co jest niestety lwią częścią mojej pracy..).Same korzyści :) A potem trzeba to wszystko co zjeść, i to jest największa zaleta jesieni.

fot. Kasia Kowol


Do picia zielonej herbaty z cytryną, imbirem i miodem

Nigdy wcześniej, podczas żadnej innej pory roku, nie wpadło mi do głowy, żeby dodać do zielonej herbaty cytryny. W tym roku się to stało, a potem kubka wpadł jeszcze imbir i łyżeczka miodu i tak właśnie odkryłam najlepszy przepis na rozgrzanie w chłodne jesienne wieczory. Szczerze polecam i myślę, że na zimę też się jeszcze może przydać.



Do ugotowania sobie dobrze przyprawionej zupy z dyni

I w ogóle zrobienie czegoś z dyni - ciasta, frytek, czegokolwiek. Przepisów w Internecie jest mnóstwo, a dynia teraz jest najpiękniejsza i najtańsza, to szkoda nie skorzystać! I to jest wyzwanie również dla mnie, bo do tej pory tylko zajadałam się zupami przyrządzonymi przez moich znajomych (które był pyszne!) i teraz chyba przyszedł najwyższy czas żeby samej coś przyrządzić. Challenge accepted, zara lece do sklepu po dynie! B-)


Do marznięcia podczas spacerów

Bądźmy szczerzy, czy nie zbrzydły nam już trochę przechadzki w pełnym słońcu, podczas których nie ma czym oddychać, skóra nam paruje, a głowa sprawia wrażenie jakby zaraz miała doświadczyć udaru słonecznego? Tego lata na pewno przynajmniej raz każdy miał podobny problem, a jesień jest idealnym czasem żeby od tego nieco odpocząć. Wystarczy się trochę cieplej ubrać i wybrać na przechadzkę wśród kasztanów i suchych liści albo wybrać na szybki wypad rowerowy. Jeśli nie chcemy bardzo zmarznąć, to zawsze możemy nieco podkręcić tempo, a po takim spacerze zawsze miło jest sięgnąć po wcześniej wspomnianą herbatkę z imbirem czy innymi dodatkami ;).

fot. Kasia Kowol

Do wyczekiwania debiutów muzycznych

Tak to jest w tym kolorowym świecie reflektorów, że wiele rzeczy zaczyna się właśnie na jesień. Zaczynają się  nowe odcinki seriali, artyści wydają płyty i informują o nowych rozkładówkach tras koncertowych, w modzie też dzieją się ważne rzeczy. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja na przykład czekam na nową płytę Dawida Podsiadło, i myślę, że nie tylko ja. I to kolejny powód żeby polubić jesień :).


Do poczytania sobie książki pod kocykiem

W wakacje zazwyczaj robiliśmy to na plaży albo gdzieś w górach na łączce,czy też w ogródku lub na tarasie, a teraz jest idealny czas żeby wziąć do ręki książkę, przykryć się kocem, zaparzyć kakaa albo ciepłej herbatki i zagłębić się w ulubionej lekturze. Do tego np. jakaś zapachowa świeczka w tle albo ciacho na talerzu i czytanie nabiera od razu innego wymiaru, prawda?


Do ponarzekania sobie troszkę (ale bez przesady;)

Jesienna pogoda, deszcze, przesilenie mają to do siebie, że dają nam pozwolenie na to żeby sobie trochę ponarzekać. W tym czasie jesteśmy nieco usprawiedliwieni w tym względzie i nie musimy o sobie myśleć jak o najgorszych marudach i starych tetrykach w jednym. Byleby tylko nie przesadzić, bo same narzekanie sytuacji nie zmieni i o tym też warto pamiętać!



Do dłuższego wylegiwania się rano

Macie wyrzuty sumienia jak śpicie nieco za długo w letnie słoneczne poranki? Ja tak, bo zawsze wtedy przychodzi mi cała masa myśli do głowy, co mogłabym zrobić gdyby... W przypadku poranków jesiennych, kiedy słońce wschodzi nieco później, a za oknem jest mgła albo mżawka, każdy śpioch dużo łatwiej znajdzie usprawiedliwienie dla dłuższego wylegiwania się w ciepłych pieleszach. Bo jesień, to mi wolno! A co!


Do cieszenia się z każdego cieplejszego dnia

Gdy w lecie trwa dobra passa pogodowa i za oknem mamy codziennie piękne słońce, to w końcu przestajemy to doceniać (jak jest deszcz, to jakoś każdy to zauważa). Natomiast w jesieni jest tak, że każdy cieplejszy dzień cieszy :) Wystarczy, ze chmury znikną z nieba, temperatura wyskoczy nieco ponad 16 stopni i od razu się człowiekowi micha cieszy i żyć się chce. A weekend, który nam się właśnie przydarzył, był pod tym względem szczególnie spektakularny. I oby więcej takich tej jesieni! 

park w Bieruniu / fot. Kasia Kowol
Do podróżowania i zwiedzania okolicy

Bo kto powiedział, że tylko lato zarezerwowane jest na większe lub mniejsze podróże? Znam wiele osób (i sama też do nich należę), które, jeśli mają taką możliwość, wybierają urlop u schyłku lata albo na początku jesieni. Wtedy wszędzie jest mniej ludzi, zgiełku i nie ma już takich strasznych upałów. Nieplanowana podróż może natomiast okazać się dobrą odskocznią od codziennych obowiązków i niespodziewanie poprawić humor :) I to nie musi być wcale słoneczna Grecja czy Wyspy Kanaryjskie! Czasem odkrywanie najbliższej okolicy przynosi mnóstwo frajdy. Ja już drugi tydzień z rzędu razem z mamą obczajam trasy rowerowe, których do tej pory jeszcze nie miałam okazji poznać i jestem zachwycona! Wszystkim zdecydowanie i bardzo polecam. Czasem za rogiem kryją się skarby, o których nie mamy pojęcia :).

fot. Kasia Kowol

A jakie są Wasze sposoby na fajne wykorzystanie jesiennych dni? :)

PS. Kategorie na górze strony już DZIAŁAJĄ! Wielkie podziękowania dla Kasi Kwiecień z Babeczek na Wybiegu za pomoc <3!

PS2. Klikając w pojedynczą ikonkę Facebooka na samym dole strony, wskoczycie na profil Prozaicznego :) Serdecznie zapraszam!



Share:

wtorek, 29 września 2015

Ja cię proszę, Karkonosze!

Wybór tematu na dziś nie był rzeczą najłatwiejszą. Przyznać muszę, że uzbierało mi się trochę tych mniejszych lub większych wyjazdów, które powinny się - tak myślę - tutaj znaleźć, i nie do końca wiedziałam od czego zacząć. Ostatecznie padło jednak na góry, bo góry kocham i już zaczyna mi ich brakować. Wspomnienia są dość świeże, ponieważ pochodzą z minionych właśnie wakacji. Tym razem nie Tatry, a Karkonosze. Chodźcie na wycieczkę! :)

fot. Kasia Kowol



Zanim zacznę, to chciałabym jeszcze nadmienić, że dzisiejszy wpis będzie dotyczył samych gór i miasta. Część muzealna jest na tyle rozległa i ciekawa, że postanowiłam zachować sobie ją na osobny wpis. Tymczasem, kanapki do plecaka, plecak na plecy, i tak z kanapkami na plecach możemy wreszcie wystartować!

Pierwszy kilometr
Po pierwsze: muszę przyznać, że dobrze ruszyć w Karkonosze, po ciągłym odwiedzaniu Tatr. Chociaż krajobrazowo te drugie w mojej opinii wygrywają, to te mniejsze też mają swoje liczne zalety. W zasadzie, to taką zaletę, która przesłania i generuje następne: jest tam dużo mniej ludzi. DUŻO MNIEJ. Zdarzały się sytuacje, że szlak był zupełnie pusty - chociaż wyjazd miał miejsce w samym środku sezonu (przełom lipca i sierpnia). Mniej ludzi to też mniej hałasu, mniej śmieci i brak konieczności przepychania się na szlaku. Gdy maszerowałyśmy dzielnie na Śnieżkę, to mały tłumek spotkałyśmy dopiero przy Domu Śląskim i na szczycie. Niemniej jednak, i tak było tam bardzo przestronnie i przewiewnie (ze szczególnym naciskiem na przewiewnie ;)). W życiu nie zamieniłabym tego na stanie w kolejce w drodze na Giewont! Zmarzłam, ale warto było! Tym bardziej, że tras, które tam prowadzą jest do wyboru do koloru. Szczerze polecam! Poniżej kilka zdjęć na zachętę ;).
fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol

fot. Kasia Kowol


o tak właśnie było zimno! / fot. Kasia Kowol


Drugi kilometr
Chociaż Karkonosze znacznie niższe są od Tatr, to nie znaczy, że i tu nie można się zmęczyć. Owszem, można. Szczególnie wtedy, kiedy jesteście w najostrzejszej fazie kataru, nie planujecie wycieczki w góry i nagle podczas spaceru staje przed wami "jakaśtamprzełęcz". Gdyby tylko stała, ha! Ta właśnie "jakaśtamprzełęcz" patrzy na was z wyższością i mówi: "nie wejdziesz". Oczywiście, wtedy pada wszystkim dobrze znana odpowiedź**, no i wchodzicie. Na początku jest lekko i przyjemnie, las, równy teren, myślicie sobie: "sosenek się nawdycham, katar wyleczę". Potem wyskakuje ostre podejście, które ma trwać chwilę, która trwa z godzinę i tak z jęzorem na brodzie lądujecie na tej niewinnej przełęczy. Zmęczeni, ale szczęśliwi! I to jest właśnie fajne w tych górach - niby nie tak szalenie wysokie, ale bywają tam podejścia, który nawet najwytrwalszym dadzą w kość! Poza tym, w drodze na Sowią Przełęcz, można było przejść przez Krucze Skały. Jakby ktoś zawsze miał ochotę na wspinaczkę po skałach, ale do tej pory nie miał na to ani kondycji ani odwagi, to właśnie tu może poczuć się jak prawdziwy kozak. Gdzieś tam rozum podpowiada, że to łatwa trasa, ale i tak czujesz się jak król skał :D A na końcu tej wspinaczki, możesz dodatkowo zasiąść na tronie (jak na prawdziwego króla przystało B-)).

stanowisko poważne, to i mina poważna! / fot. moja mama :)


fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol


Trzeci kilometr
Nie samą wędrówką żyje człowiek, więc na trzecim kilometrze wypadałoby coś zajeść! Wszyscy wędrowcy pewnie wiedzą, że nie ma nic lepszego niż dania z owocami sezonowymi w górskich schroniskach, najlepiej w towarzystwie pysznej herbatki z cytryną albo sokiem malinowym. Nam do gustu jakoś szczególnie przypadło schronisko Na Łomniczce, które w swojej ofercie miało m.in. naleśniki z jabłkami, truskawkami, borówkami i nie pamiętam czym jeszcze, ale był pyszne! Dodatkowego uroku dodawały przytulne wnętrze, brak kolejek i koty, które łasiły się do każdego i czekały na szynkę, kiełbaskę i jakąkolwiek część kanapek turystów, która zawierała w sobie mięso. Potem można było już śmiało ruszać do Samotni, ale o tym pisać nie należy, na to trzeba po prostu popatrzeć.
fot. Kasia Kowol


Samotnia / fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol


schronisko Na Łomniczce / fot. Kasia Kowol

Czwarty kilometr
Była górska wycieczka, a teraz trzeba powoli już kierować się do miasta. Miasta, które na pierwszy rzut oka może dziwić turystę przywykłego do zakopiańskiej kultury góralskiej, ale które - jak się jednak okazuje - ma wszystko co trzeba. Na początku było dla mnie dziwne, że nie każda knajpa jest drewniana i nie gra w niej kapela góralska, a ścisłe centrum nie szczyci się rekordowymi dochodami ze sprzedaży oscypków. Dlatego, czułam się nieco dziwnie i jakoś tak "nie po góralsku". W miarę upływu czasu, jak już się człowiek z tym oswoił, to pomyślałam, że to w zasadzie fajne. Bo czemu mają kreować tu na siłę taką atmosferę jaka jest w Zakopanem? Zakopane to Zakopane, a Karpacz to Karpacz i niech tak zostanie. Poza tym, miejscowa architektura obfituje w stare i jak się domyślam częściowo poniemieckie piękne kamienice z drewnianymi elementami (nie znam się na architekturze, nie umiem inaczej opisać, polecam zobaczyć na własne oczy:)). Mają też ciekawą drewnianą skocznię narciarską, na której całkiem niedawno hopkał sobie sam Adam Małysz (chociaż kwestia tego malowniczego akwenu wodnego na dole jest zastanawiająca :D). 

fot. Kasia Kowol




fot. Kasia Kowol


Piąty kilometr
Schodząc ze skoczni, dobrnęliśmy do ostatniego kilometra naszej wycieczki. Podsumowując, zarówno góry jak i miasto skradły część mojego wędrownego serduszka i nie mam żadnych wątpliwości, że jeszcze tu prędzej czy później wrócę. Ci z was, którzy zdążyli podczas tego krótkiego spaceru troszkę polubić tę część Polski, już teraz zapraszam na drugą część wycieczki, tym razem z muzeami w roli głównej. Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego nie trzeba zwiedzać świątyni Wang z przewodnikiem w języku niemieckim oraz co za osobnik błąka się po cienistych ścieżkach Karkonoszy, to zapraszam już wkrótce! :)  

fot. Kasia Kowol

**JA NIE WEJDĘ????


Share:

środa, 23 września 2015

Czasem smutno

Tutaj miał powstać bardzo pozytywny wpis. Planowałam go już od kilku dni i był dedykowany specjalnie na pierwszy dzień jesieni, żeby rozpocząć ją z należytą energią. Jednak po dzisiejszym zakończeniu Pucharu Świata nie jestem w stanie się zmusić do pozytywnej motywacji i na siłę tego robić nie mam zamiaru. Być może powstanie on tutaj wkrótce, ale dzisiaj będzie na smutno. Bo w życiu nie zawsze jest tak, że trzeba srać tęczą, szczególnie jeśli się jej wcześniej nie zjadło. Zapraszam zwyczajnie na wyjątkowo nieradosny post.



Gwoli wyjaśnienia. U mnie wszystko w porządku i nie mam na co narzekać. Jednak każdy kto czyta tego bloga albo chociaż trochę interesuje się sportem, wie, że dzisiaj polscy siatkarze rozegrali ostatni mecz Pucharu Świata w Japonii. Potężna impreza, gdzie przez dwa tygodnie prawie codziennie stajesz na boisku i walczysz jak szalony o pierwsze bądź drugie miejsce, bo tylko one dają ci kwalifikację do nadchodzących igrzysk olimpijskich. Polacy spisywali się chyba lepiej niż ktokolwiek mógł przed turniejem przypuszczać. Do tej pory wygrali wszystkie mecze, szli jak burza, a dzisiaj wystarczyłyby tylko dwa sety wygrane z Włochami, żeby mieć ten upragniony awans na igrzyska. Nie udało się jednak, chociaż wszystko wskazywało na to, że cała ta historia zakończy się happy endem. I srał pies ten brązowy medal i brak kwalifikacji – najbardziej żal chłopaków, którzy przygotowywali się do tego turnieju bardzo długo i zostawili tam mnóstwo zdrowia i serca. Kibice wiedzą o jakie uczucie mi chodzi, a ci, którzy się sportem nie interesują, niech sobie przypomną jak to było gdy uczyli się na egzamin jak nigdy i nie zdali. Albo dołożyli do jakiejś sprawy wszelkich sił i nie poszło. No, to właśnie o to chodzi. Jeśli do tego dochodzi obrazek załamanego Michała Kubiaka i ledwo powstrzymujących łzy Fabiana Drzyzgi i Piotrka Gacka na trzecim stopniu podium, to oczy same robią się wilgotne i nie ma mowy o pozytywnych emocjach :(.

Czasem są takie chwile w życiu, że najnormalniej w świecie robi nam się smutno, bo nie możemy nic poradzić na zaistniałą sytuację i to może dotyczyć jakiejkolwiek sfery naszej egzystencji na tym świecie. A że psychologowie ciągle powtarzają, że uczucia trzeba umieć nazywać i sobie je uświadamiać, to czasem dobrze w takich sytuacjach się na siłę nie uszczęśliwiać tylko dobić, posiedzieć trochę w tym smutku, a potem się ogarnąć, otrzepać i iść dalej. Poniżej kilka propozycji na nieco smutniejszy wieczór, kiedy nie mamy ochoty oglądać komedii albo występów kabaretowych. Może komuś też się właśnie dzisiaj przydadzą.

Muzyka
Zawsze zdaje egzamin w takiej sytuacji i jest chyba pierwszą rzeczą, bo którą sięgam wówczas. Z reguły pozwala zejść na sam dół w miarę bezboleśnie, a potem dość lekko stamtąd wyjść. Oto kilka propozycji, które zazwyczaj działają bez zarzutu!


Fisza słucham zarówno gdy mam dobry humor, jak i ten gorszy - magia jego piosenek polega też na tym, że idealnie wpisują się w różnorakie nastroje. Szczerze polecam ("Sznurowadła", "Polepiony" też dają radę).





Tutaj pozostajemy w temacie z tą różnicą, że ta piosenka jest spokojniejsza i jakoś tak bardziej rozdzierająca, ale jednocześnie piękna!




Ta piosenka ma tu szczególny wydźwięk. Nie trzeba więcej komentować

Inne bardzo trafne pozycje to np.:

Największą zaletą tych wszystkich utworów jest to, że przy dobrym nastroju zapewniają świetne doznania muzyczne, a przy dołującym oswajają rzeczywistość.

Filmy
Są i filmy, które niekoniecznie zawsze mają za zadanie dołować, ale czasem po prostu w taki sposób oddziaływają na emocje konkretnej osoby, którą w tym przypadku jestem ja. Proszę, może was też coś zainspiruje.

Co jest grane, Davis? Film z ultraprzystojnym Oscarem Isaacem w roli pierwszoplanowej i Justinem Timberlakiem w drugoplanowej. Film braci Coen, którego ja pewnie nie potrafię właściwie docenić, ale zapamiętałam go jako produkcję o tym, że nieważne jak się starasz - i tak ci nie wyjdzie, i to nieprawda, że w życiu możesz być kim chcesz.



Ciekawyprzypadek Benjamina Buttona <- klik z rewelacyjnym Bradem Pittem w roli głównej. Benjamin rodzi się stary i potem młodnieje i umiera jako noworodek.

Wspólna i rewelacyjna produkcja BBC i TVP1 Dzwony wojny <- klik opowiadająca historię żołnierzy walczących przeciwko sobie w okopach w czasie I wojny światowej. Po obejrzeniu ostatniego odcinka chciałam, żeby mnie ziemia wchłonęła z rozpaczy (zaznaczam, że jest to bardzo piękny i wzruszająca historia!)



Dziewczyna z lilią nie do końca wiadomo o co chodzi w tym filmie i gdzie zmierza fabuła, ale nie pamiętam żeby jakiś film przejął mnie takim smutkiem. Znakomita zabawa kolorami i formą. Obecnie czytam książkę i zobaczymy jakie będą wrażenia po lekturze. Niech was ten bajkowy trailer nie zmyli!

Ponadto:

Gran Torino <- klik

Od razu chcę zaznaczyć, że te filmy są piękne i równie dobrze nadają się na radosny wieczór, ale znacznie lepiej wpisują się w gorszy nastrój i może warto je sobie na taki czas właśnie zostawić.



I to by było tyle jeśli chodzi o smutki na dziś. Już wkrótce zapraszam na wpis o Karkonoszach, który jest obecnie w przygotowaniu. 

Dla miłośników sportu i siatkarzy na pocieszenie już niedługo Mistrzostwa Europy i tam się odegramy! I żeby już nie było tak kosmicznie smutno, to fajnie, że Lewy strzelił te 5 goli na raz. No ;).


Wszystkie filmy i nagrania, które znalazły się w powyższym wpisie pochodzą z portalu Youtube i są własnością ich twórców.
Share:

czwartek, 3 września 2015

Prozaiczny Poranek: Dzień dobry we wrześniu!

Kochani (tak Was ładnie przywitam, a co mi tam! ;), wakacje dobiegły końca i tak samo rzecz się ma z wakacjami blogowymi. Wrzesień to tak jakby drugi po styczniu nowy początek w roku, więc przyszedł czas aby zaprowadzić zmiany na Prozaicznym. O tych właśnie zmianach, o planach na nadchodzące tygodnie, a także o inspiracjach na ten wrześniowy poranek przeczytacie w dzisiejszym wpisie. Serdecznie zapraszam!



Zmiany, zmiany, zmiany
były szykowane od dawna, ale ostatecznie udało mi się zmobilizować i zdecydować na nowy szablon w ostatnich dniach. Sam wybór nie był tak bardzo trudny, jak samo dostosowywanie go oraz poznawanie tajników html-a, co wciąż czynię i co zapewne jeszcze trochę potrwa. Dlatego bardzo proszę o cierpliwość i wyrozumiałość, mam nadzieję, że wkrótce wszystko doprowadzę do porządku. Póki co, uwaga ważne: NIE DZIAŁAJĄ KATEGORIE NA GÓRZE STRONY! Ale spokojnie, jeśli zjedziecie sobie na sam dół, tam gdzie zdjęcie z moją mordką, to po lewej stronie jest wszystko uporządkowane tak jak w poprzedniej wersji. Są jeszcze jakieś angielskie wtrącenia i inne przypierdółki, które i mnie działają na nerwy, ale i to się za niedługo zmieni. Ważne, że idzie ku lepszemu i do przodu, trzymajcie kciuki żeby jeszcze nabrało tempa!

Plany, plany, plany
zostały poczynione. Oczywiście dość ogólne i elastyczne jak to u mnie, bo jak już kiedyś pisałam, nie potrafię i nie lubię ustalać sobie sztywnego planu działania. Na pewno wracamy do Prozaicznych Poranków (klik), bo to dobre dla mnie żeby się powoli rozkręcać, a i światu się trochę inspiracji pewno przyda (wiece, jesień, przesilenie i te sprawy). Chciałabym też stworzyć taki powakacyjny cykl podróżniczy, gdzie opisywałabym miejsca, w które udało mi się zawitać - niekoniecznie tylko w te wakacje, bo mam sporo takich zaległych podróży. Skąd ten pomysł? Widzę, że te wpisy cieszą się dużą popularnością wśród czytelników jak choćby ten o Pradze (klik), czy o Tatrach (klik). W najbliższym czasie też szykuje mi się wyjazd, więc z pewnością będzie czym się tutaj dzielić :). Powinien pojawić się też sport i kultura, ale czy właśnie tutaj... to się jeszcze okaże. Na razie cicho sza na ten temat i dość już tego planowania, bo się zaraz rozchoruję...



Wrzesień, wrzesień, wrzesień
bardzo szybko i niespodziewanie nam nadszedł. Trzeba się teraz szybciutko ocknąć po tych ciepłych i leniwych dniach, bo są już za nami, a czym szybciej wrócimy do jesiennej rzeczywistości, tym lepiej dla nas samych. Na pocieszenie mamy mnóstwo rzeczy. Na początek choćby to, że jeszcze wcale nie będzie tak zimno i już nie będzie tak ekstremalnie gorąco. Dlatego długie jesienny spacery i wypady rowerowe do parku są ciągle przed nami! A chcę zaznaczyć, że nigdy nie jest tak pięknie i kolorowo w parkach jak na początku jesieni :). Po drugie, jak już wcześniej wspomniałam, wrzesień to taki nowy początek w ciągu roku. W wakacje odpoczęliśmy i teraz możemy zacząć coś nowego, zmienić pracę, zapisać się na kurs językowy - bo to właśnie ten czas. Także wrzesień i jesień wcale nie musi być taka zła, wystarczy je tylko trochę odczarować i będzie pięknie :). A tym, którym inspiracji wciąż mało, podsyłam troszkę ciekawych linków na dobry dzień, łapcie i klikajcie:


I to by było na tyle na początek września :) Pozytywnego miesiąca Wam życzę i jeszcze podsyłam piosenkę do przytupania nóżką pod stołem ;)


Share:

czwartek, 11 czerwca 2015

Kibica siatkówki po starcie Ligi Światowej spostrzeżenia pierwsze

Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, niecałe dwa tygodnie temu polscy siatkarze rozegrali pierwszy w tym sezonie reprezentacyjnym mecz w ramach rozgrywek Ligi Światowej. Wówczas ich przeciwnikiem była jak zawsze silna Rosja, natomiast tydzień później przyszedł czas na nieprzewidywalny w swoich poczynaniach Iran. Do tej pory Polacy wychodzili ze wszystkich pojedynków zwycięsko, a moja radość z tego powodu jest tak wielka, że przerodziła się w niniejszy artykuł na blogu, na który z tego miejsca wszystkich serdecznie zapraszam :).

Niecierpliwe oczekiwanie i przedsezonowa niepewność
Wszyscy dobrze pamiętamy, że ostatni sezon w wykonaniu naszej reprezentacji zakończył się spektakularnie (o tym jak bardzo spektakularnie, można przeczytać tutaj). Siatkarze, zdobywając tytuł Mistrzów Świata postawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko, tak, że wyżej się już chyba nie da (no może gdyby zdobyli złoto na igrzyskach olimpijskich, to byłoby nieco wyżej niż teraz). Wiadomym było więc, że oczekiwania przed obecnym sezonem są bardzo wysokie, ale równocześnie towarzyszyła im świadomość tego, że reprezentację – przynajmniej na ten sezon, o ile nie na dobre – opuścili jej czterej czołowi i doświadczeni zawodnicy: Krzysiek Ignaczak, Michał Winiarski, Paweł Zagumny oraz Mariusz Wlazły. Bez nich nasza drużyna, mimo że wciąż silna, nie była traktowana jako stuprocentowy faworyt do wygrania LŚ i w ogóle wszystkiego. Poza tym, nowy sezon to nowy sezon – nigdy nie możemy być pewni jak zawodnicy będą sobie radzić po ciężkich rozgrywkach klubowych, czy też jakie nowe koncepcje zaproponuje i wprowadzi do treningów trener. Dlatego wszyscy zawsze z ogromnym napięciem i bardzo bacznie przyglądają się poczynaniom siatkarzy podczas pierwszego meczu. A ten pierwszy po długiej przewie był taki, że owemu przyglądaniu się towarzyszyło z pewnością przecieranie oczu ze zdumienia i podtrzymywaniu szczęki, która co chwilę opadała, bo... 

źródło: en.wikipedia.org


było tak dobrze!
Nie czarujmy się, nie wiem czy ktokolwiek przypuszczał, że nasi wyjdą na boisko po kilkumiesięcznej przerwie i zleją Rosjan 3:0 (bo inaczej nie można tego było nazwać;). Dodatkowo, z bardzo dobrej strony pokazali się tutaj Mateusz Bieniek - debiutant w reprezentacji Polski seniorów, który czarował Rosjan zarówno zagrywką, jak i swoją skutecznością w ataku (podobno Piotr Gacek śmiał się po meczu, że przypilnuje Bieńka, żeby po tym wieczorze nie poszedł do solarium i nie strzelił sobie tatuażu :D). Niemniej jednak, wydaje się, że temu chłopakowi woda sodowa raczej do głowy uderzyć nie powinna. Cieszy też powrót Bartosza Kurka, bez którego jak wiadomo reprezentacja sobie na Mistrzostwach Świata poradziła, ale z którym zapewne będzie sobie radzić jeszcze lepiej. Swoją drogą, dla Bartka to też pewnego rodzaju debiut, bo z przyjęcia został przeniesiony na pozycję atakującego na potrzeby reprezentacji. Jak na razie ta konfiguracja zdaje egzamin i mamy nadzieje, że będzie jeszcze lepiej. W drugim meczu z Rosjanami było już znacznie trudniej, ale ostatecznie wyszliśmy z tej batalii zwycięsko, pokonując przeciwników w tie breaku. Z resztą, to niejedyny tie break w tym sezonie, w którym Polacy byli górą, ponieważ tak samo dramatycznie wyglądał drugi mecz z Iranem, rozgrywany tydzień później w Częstochowie. Dobrze jest mieć świadomość, że umiejętność trzymania nerwów na wodzy i walki do samego końca nawet w trudnych momentach ostała się w naszych szeregach, mimo prawie rocznej przerwy w występach biało-czerwonych.

Nie tylko na boisku mamy nowe twarze
Ten, kto ogląda mecze reprezentacji Polski w telewizji, wie, że studio zarówno przed, jak i po meczu, jest prowadzone generalnie w tonie luźnym i - rzekłabym - raczej humorystycznym. Oczywiście, Panowie dzielą się z kibicami ważnymi technicznymi i profesjonalnymi danymi i analizami, ale kiedy w studiu siedzą takie osobowości jak Ireneusz Mazur i Jerzy Mielewski, to wiadomo, że rozmowa będzie co najmniej nietuzinkowa. Teraz do tego składu dołączył Krzysztof Ignaczak, który wcześniej również się tam pojawiał, ale domyślam się, że po zakończeniu kariery w kadrze stanie się stałym bywalcem. W związku z tym, powstała nam tam swoista mieszanka wybuchowa, którą większość kibiców uwielbia, bo żartów i niektórych wypowiedzi tych Panów nie da się zapomnieć i nie da się przy nich nie zaśmiać. Część z nich jest trochę kąśliwa, niektóre są ironiczne, inne znowu ocierają się o absurd – a to wszystko to jest to, co misie lubią najbardziej ^^. Ponadto, Panowie nie szczędzą ciętych żartów wobec siebie nawzajem, a co najważniejsze potrafią się z nich śmiać, co dodatkowo ubogaca całe widowisko :D. Myślę, że jest to dobry temat na osobny wpis, a że mam pozapisywane w różnych miejscach rozmaite „kwiatki”, to kiedyś chętnie nimi z Wami podzielę.

źródło: flickr.com


Teraz tournée po świecie
W Polsce, wiadomo, gra się łatwiej i fajnie, że nasi to wykorzystali, teraz pora na zmiany stref czasowych i inne trudności. Mamy jednak nadzieję, że to ich zahartuje w boju – szczególnie tych młodych zawodników. W najbliższy weekend na tapecie będą pojedynki ze Stanami Zjednoczonymi, które nigdy nie są łatwe. Mecze z Rosjanami na ich własnym terenie to też nie jest bułka z masłem. Natomiast Iran... kto oglądał już kiedyś mecz rozgrywany tamże, ten wie o czym ja mówię. Poziom huku, szumu i gwizdów jest tam tak ekstremalny, że czasem trudno jest dosłyszeć słowa komentatorów. Najgorsze jest to, że on trwa nieprzerwanie. Nieważne kto serwuje. Nieważne czy jest właśnie przerwa techniczna. Nieważne, że na boisku nie dzieję się nic szczególnego. Oni po prostu buczą. Biorąc pod uwagę, fakt, że tam na trybunach zasiadają sami mężczyźni, no to sobie możecie ten dramatyczny spektakl wyobrazić (albo obejrzeć nayoutube - order dla tego, kto to wytrzyma w całości). Jak więc widać, będzie gorąco, „będzie zabawa, będzie się działo” i emocji w najbliższych tygodniach na pewno nie zabraknie!

źródło: pl.wikipedia,org


A potem...?
A potem nasi siatkarze wracają do Polski, czego ja się już nie mogę doczekać, bo 4 lipca grają w Krakowie ze Stanami, i my tam będziemy ze swoją ekipą B-). Dlatego już teraz mogę obiecać obszerną relację z tego wydarzenia, zarówno fotograficzną jak i słowną :). Zawczasu serdecznie zapraszam! A może kogoś z Was uda mi się tam spotkać? :)

PS. Uwaga, uwaga! W najbliższych dniach zamierzam wprowadzić większe zmiany na blogu, więc przez jakiś czas, może tutaj panować ogólny chaos i bałagan, za co z góry przepraszam!


PS2. Mam nadzieję, że efekt końcowy wszystkie niedogodności Wam zrekompensuje :).
Share: