niedziela, 7 lutego 2016

Panie, ale ja wcale nie lubię chodzić po górach!

Na co ja pojadę do tego Karpacza? Żeby się w niebo gapić? A no nie. Bo jeśli ktoś zdecyduje się na wyjazd do Karpacza nie będąc amatorem górskich wycieczek, to wcale nie musi biegać po górach z nieszczęśliwą miną i odciskami na stopach. Jak się okazuje, to miasto ma do zaoferowania dużo więcej niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać :)


W poprzednim wpisie – dotyczącym gór – wspominałam, że Karpacz nie jest typowym górskim miasteczkiem z oscypkami na ulicach i góralską muzyką płynąca z każdego kąta. Jest dużo bardziej spokojne i … zwyczajne, ale ma swój nieodparty urok, tylko trzeba dać sobie trochę czasu, żeby go odkryć. Mnie na samym początku urzekła architektura – stare kamienice z charakterystycznymi drewnianymi werandami – i to był taki moment przełamania, kiedy zapomniałam na chwilę o ukochanym Zakopanem i zaczęłam wsiąkać w Karpacz. A jak już wsiąkłam, to oto co zobaczyłam!

Świątynia Wang
Po raz pierwszy zobaczyłam ją jak wracaliśmy z kolegami z zimowej eskapady dobre kilka lat temu. Już wtedy skojarzyła mi się dobrze, bo oznaczała to, że: po pierwsze przeżyliśmy :D; po drugie mamy na horyzoncie miasto; po trzecie, że zaraz mój epicki kaptur z lodu stopnieje i zamieni autobus w łódź podwodną – i tak prawie się stało ;). W zeszłe wakacje miałam okazję w końcu zwiedzić piękne wnętrze tej ewangelickiej świątyni, która została przeniesiona do Karpacza z norweskiej miejscowości Vang w 1842 roku. Niestety więcej ciekawostek Wam w tym miejscu nie powiem (co zostanie wyjaśnione na końcu wpisu)*. Tymczasem, spójrzcie nań ;)


Muzeum Karkonoskie Tajemnice
Mam słabość do muzeów. Nieważne, czy jest to super-hiper-interaktywne-nowoczesne muzeum, czy też stare, ze spróchniałym stropem i jedna wystawą przy oknie – wystarczy sam muzealny zapach, odrobina tego klimatu i ja już wiem, że muszę tam wejść. Muzeum Karkonoskie Tajemnice akurat należy do tych super-hiper-interaktywnych. Jego tematem przewodnim zdaje się być legenda o Duchu Gór, która jest również nieodłącznym elementem Karkonoszy. Jego bardziej przaśne imię to Liczyrzepa, a jego historia sięga jeszcze średniowiecza. Do czasów współczesnych przeszedł liczne metamorfozy i transformacje, ale historyjki z jego udziałem są niezmiennie i wciąż powtarzane. Wielu z nich możemy posłuchać podchodząc do aparatów telefonicznych w muzeum, przykładając wielką słuchawkę do ucha i obserwując poruszające się figurki. Możemy dużo więcej. Na przykład zagrać na laserowej harfie, poszukać skarbu czy narobić łomotu. Ja się bawiłam przednio! Jakby ktoś chciał dowiedzieć się więcej o tym miejscu, zaklikajcie na ich stronę internetową (klik).



Miejskie Muzeum Zabawek 
To muzeum urzekło mnie chyba najbardziej – nie tylko w Karpaczu, ale w ogóle. Kto nie lubi przecież zapomnieć na chwilę o Xboxach, iPhone'ach i innych "ajach" i cofnąć się na moment do czasu, kiedy bawiliśmy się pluszowymi misiami czy choćby lalkami Barbie? Swoją drogą wiecie skąd wzięła się taka, a nie inna jej nazwa? Podobno córka twórczyni lalki Barbie miała na imię Barbara - po prostu. Takie i całe mnóstwo innych ciekawostek oraz historii dotyczących również zabawek z dalekiej przeszłości, możemy usłyszeć w słuchawkach przechadzając się między szklanymi gablotami. Zbiory są bardzo liczne i piękne! To miejsce zdecydowanie skradło moje serce – bardzo bardzo polecam :) (tutaj można ich znaleźć w sieci -> klik).





Muzeum Sportu i Turystyki 
To jest właśnie takie muzeum, które z zewnątrz wygląda tak, że po prostu trzeba tam wejść! Po za tym, dajcie mi w nazwie słowo „sport”, to już na pewno takiego miejsca nie ominę. A co w środku? Między innymi narty słynnych skoczków, dawne bobsleje, trochę hokeja, ale … i trochę sztuki :) Brzmi intrygująco? W takim razie śmigajcie do Karpacza! (A wcześniej możecie po prostu zajrzeć tu -> klik).





Także panie, nie musisz pan wcale chodzić po górach ;)
Tak właśnie wygląda Karpacz niegórski, a raczej muzealny. Myślę, że ten wpis oprócz pokazania miasta z innej strony, ma też za zadanie przekonać wszystkich malkontentów spędzania wolnego czasu w miejscowościach górskich, że nie trzeba narzekać, jeśli ktoś nas na taki wyjazd namawia. Uwierzcie mi, że w takich miejscach zawsze znajdziecie coś dla siebie, a rezygnacja z wypadu, może pozbawić Was wielu atrakcji! Także Karpacz podziwiam, Karpacz polecam i obiecuję kolejne turystycznie i nieturystyczne wpisy w najbliższym czasie :).

* Dla tych co wytrwali do końca, anegdotka ze zwiedzania Świątyni Wang:
(dialog mój i Mojej Mamy:
K: Zwiedzanie z przewodnikiem po polsku dopiero za 20 minut, teraz wchodzi grupa niemiecka. Czekamy czy idziemy?
MM: No to może poczekajmy? Pamiętasz jeszcze coś z niemieckiego?
K: Tak, pewnie! Miałam na studiach, na pewno damy radę! Szkoda czasu, bo się pogoda zepsuje, a jeszcze chcemy iść w góry.
.... (5 minut później, siedząc na ławeczkach w środku)
MM: No i co, i co mówią?
K: Że kościół został tu przeniesiony z Norwegii, że bardzo dawno temu, że zacny zabytek..
MM: No i co jeszcze?
K: Yyyy... nic ważnego! Skup się na architekturze, nie wnikaj! 
Wniosek: Nie zwiedzaj Kościoła Wang z grupą niemiecką. WARTO POCZEKAĆ TE 20 MINUT. Naprawdę warto. :D


Share:

piątek, 22 stycznia 2016

2015...

... był rokiem dobrym. Intensywnym. Ze swoimi kryzysami i chwilami totalnej euforii. Z masą wzruszeń i teczką irytacji. Na pewno nie był nudny i jestem przekonana, że 2016 też taki nie będzie. Wiem, że mamy prawie koniec stycznia i czas na wszelakie podsumowania już minął, ale jakoś tak głupio jest mi zostawić ten temat „nieruszony”. Dlatego – jeśli kogoś to ciekawi - zapraszam na fotograficzne ujęcie minionego roku. Pod nim znajdziecie plany blogowe na nowy!






To tylko część wspaniałych ludzi, chwil i miejsc obecnych w moim życiu, bo po prostu nie zawsze był w zeszłym roku czas na to, żeby pstrykać zdjęcia ;) Niemniej jednak, jestem najszczęśliwsza na świecie za to, że jesteście w moim życiu (ci, których nie ma na zdjęciach, też wiedzą, że są tu  -> <3 :) Duszyczki z Rybackiej, Wigilijka Squad, Dziki Bez z Gromiecka, Mysz, ekipa ze studia na Nojego, I NIE TYLKO!) i za to wszystko, co mi się przytrafiło. Dziękuję też wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają, czasem zostawia komentarz - bez Was Prozaiczny zupełnie nie miałby sensu! :) 

2016...
... też będzie dobry :). Na własne potrzeby zaplanowałam nazwać go Rokiem Odważnych Decyzji. I mam nadzieję, że taki właśnie będzie! Jeśli zaś chodzi o bloga – bo myślę, że właśnie tak kwestia jest najbardziej interesująca z punktu widzenia czytelników – Zmiany. Od jakiegoś czasu wspominam tutaj o nowym projekcie, ale do tej pory na wspominaniu się kończyło i najwyższy czas to zmienić. Idzie nowe i dlatego też istotna część treści sportowych i podróżniczych będzie pojawiać się teraz na innej stronie, która jest obecnie dopracowywana technicznie, ale mam nadzieje, że lada dzień zacznie wyglądać przyzwoicie i będę ją mogła śmiało pokazać światu. Obiecuję, że Wy będziecie pierwsi :)! Powiem jeszcze tylko, że całość powstaje dzięki ogromnej pomocy mojej przyjaciółki Kasi  (Oazy Spokoju i Studni Mądrości :D) i bardzo Ci za to DZIĘKUJĘ! :) 


Jeśli natomiast chodzi o Prozaicznego, to oczywiście nie zostanie porzucony i zapomniany! Co więcej, myślę, że otoczę go jeszcze większą troską i zaangażowaniem, bo jego charakter stanie się bardziej osobisty, taki bardziej mój :). Oczywiście zostanie pewna część sportu i podróży, ale będzie też więcej miejsca na muzykę, kulturę, książki i własne przemyślenia. Jeśli chcielibyście żebym urządziła tutaj jakiś nowy dział albo rozwinęła jej z już istniejących, to bardzo proszę o wiadomości z sugestiami! Na pewno będzie się dużo działo – to już teraz mogę obiecać :). 

Tymczasem zabieram się do pracy i życzę dobrego, odważnego 2016 roku! :)



Share:

poniedziałek, 5 października 2015

Do czego służy jesień?

Panie i Panowie, mamy jesień w pełni, co widać za oknem, na drzewach i na termometrach (brawo, Ameryka właśnie została odkryta). A skoro już przyszła, to można się zastanowić, po co? W dzisiejszym tekście znajdziecie odpowiedź na pytanie: do czego służy jesień? :)

Do zbierania orzechów i grabienia liści

Te czynności są zarezerwowane tylko i wyłącznie na tę porę roku. Dlatego nie należy sobie tego odmawiać, bo potem będziemy żałować. Tym bardziej jak się ma na podwórku trzy drzewa orzecha włoskiego i jeden laskowy. Także liści ci pod dostatkiem, a jeśli ktoś myśli, że tegoroczna susza zaszkodziła owym drzewom, to jest w błędzie: nie nie zaszkodziła. Jest więc co zbierać i można przy tym się nawet zrelaksować i oderwać na chwilę od patrzenia w komputer (co jest niestety lwią częścią mojej pracy..).Same korzyści :) A potem trzeba to wszystko co zjeść, i to jest największa zaleta jesieni.

fot. Kasia Kowol


Do picia zielonej herbaty z cytryną, imbirem i miodem

Nigdy wcześniej, podczas żadnej innej pory roku, nie wpadło mi do głowy, żeby dodać do zielonej herbaty cytryny. W tym roku się to stało, a potem kubka wpadł jeszcze imbir i łyżeczka miodu i tak właśnie odkryłam najlepszy przepis na rozgrzanie w chłodne jesienne wieczory. Szczerze polecam i myślę, że na zimę też się jeszcze może przydać.



Do ugotowania sobie dobrze przyprawionej zupy z dyni

I w ogóle zrobienie czegoś z dyni - ciasta, frytek, czegokolwiek. Przepisów w Internecie jest mnóstwo, a dynia teraz jest najpiękniejsza i najtańsza, to szkoda nie skorzystać! I to jest wyzwanie również dla mnie, bo do tej pory tylko zajadałam się zupami przyrządzonymi przez moich znajomych (które był pyszne!) i teraz chyba przyszedł najwyższy czas żeby samej coś przyrządzić. Challenge accepted, zara lece do sklepu po dynie! B-)


Do marznięcia podczas spacerów

Bądźmy szczerzy, czy nie zbrzydły nam już trochę przechadzki w pełnym słońcu, podczas których nie ma czym oddychać, skóra nam paruje, a głowa sprawia wrażenie jakby zaraz miała doświadczyć udaru słonecznego? Tego lata na pewno przynajmniej raz każdy miał podobny problem, a jesień jest idealnym czasem żeby od tego nieco odpocząć. Wystarczy się trochę cieplej ubrać i wybrać na przechadzkę wśród kasztanów i suchych liści albo wybrać na szybki wypad rowerowy. Jeśli nie chcemy bardzo zmarznąć, to zawsze możemy nieco podkręcić tempo, a po takim spacerze zawsze miło jest sięgnąć po wcześniej wspomnianą herbatkę z imbirem czy innymi dodatkami ;).

fot. Kasia Kowol

Do wyczekiwania debiutów muzycznych

Tak to jest w tym kolorowym świecie reflektorów, że wiele rzeczy zaczyna się właśnie na jesień. Zaczynają się  nowe odcinki seriali, artyści wydają płyty i informują o nowych rozkładówkach tras koncertowych, w modzie też dzieją się ważne rzeczy. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja na przykład czekam na nową płytę Dawida Podsiadło, i myślę, że nie tylko ja. I to kolejny powód żeby polubić jesień :).


Do poczytania sobie książki pod kocykiem

W wakacje zazwyczaj robiliśmy to na plaży albo gdzieś w górach na łączce,czy też w ogródku lub na tarasie, a teraz jest idealny czas żeby wziąć do ręki książkę, przykryć się kocem, zaparzyć kakaa albo ciepłej herbatki i zagłębić się w ulubionej lekturze. Do tego np. jakaś zapachowa świeczka w tle albo ciacho na talerzu i czytanie nabiera od razu innego wymiaru, prawda?


Do ponarzekania sobie troszkę (ale bez przesady;)

Jesienna pogoda, deszcze, przesilenie mają to do siebie, że dają nam pozwolenie na to żeby sobie trochę ponarzekać. W tym czasie jesteśmy nieco usprawiedliwieni w tym względzie i nie musimy o sobie myśleć jak o najgorszych marudach i starych tetrykach w jednym. Byleby tylko nie przesadzić, bo same narzekanie sytuacji nie zmieni i o tym też warto pamiętać!



Do dłuższego wylegiwania się rano

Macie wyrzuty sumienia jak śpicie nieco za długo w letnie słoneczne poranki? Ja tak, bo zawsze wtedy przychodzi mi cała masa myśli do głowy, co mogłabym zrobić gdyby... W przypadku poranków jesiennych, kiedy słońce wschodzi nieco później, a za oknem jest mgła albo mżawka, każdy śpioch dużo łatwiej znajdzie usprawiedliwienie dla dłuższego wylegiwania się w ciepłych pieleszach. Bo jesień, to mi wolno! A co!


Do cieszenia się z każdego cieplejszego dnia

Gdy w lecie trwa dobra passa pogodowa i za oknem mamy codziennie piękne słońce, to w końcu przestajemy to doceniać (jak jest deszcz, to jakoś każdy to zauważa). Natomiast w jesieni jest tak, że każdy cieplejszy dzień cieszy :) Wystarczy, ze chmury znikną z nieba, temperatura wyskoczy nieco ponad 16 stopni i od razu się człowiekowi micha cieszy i żyć się chce. A weekend, który nam się właśnie przydarzył, był pod tym względem szczególnie spektakularny. I oby więcej takich tej jesieni! 

park w Bieruniu / fot. Kasia Kowol
Do podróżowania i zwiedzania okolicy

Bo kto powiedział, że tylko lato zarezerwowane jest na większe lub mniejsze podróże? Znam wiele osób (i sama też do nich należę), które, jeśli mają taką możliwość, wybierają urlop u schyłku lata albo na początku jesieni. Wtedy wszędzie jest mniej ludzi, zgiełku i nie ma już takich strasznych upałów. Nieplanowana podróż może natomiast okazać się dobrą odskocznią od codziennych obowiązków i niespodziewanie poprawić humor :) I to nie musi być wcale słoneczna Grecja czy Wyspy Kanaryjskie! Czasem odkrywanie najbliższej okolicy przynosi mnóstwo frajdy. Ja już drugi tydzień z rzędu razem z mamą obczajam trasy rowerowe, których do tej pory jeszcze nie miałam okazji poznać i jestem zachwycona! Wszystkim zdecydowanie i bardzo polecam. Czasem za rogiem kryją się skarby, o których nie mamy pojęcia :).

fot. Kasia Kowol

A jakie są Wasze sposoby na fajne wykorzystanie jesiennych dni? :)

PS. Kategorie na górze strony już DZIAŁAJĄ! Wielkie podziękowania dla Kasi Kwiecień z Babeczek na Wybiegu za pomoc <3!

PS2. Klikając w pojedynczą ikonkę Facebooka na samym dole strony, wskoczycie na profil Prozaicznego :) Serdecznie zapraszam!



Share:

wtorek, 29 września 2015

Ja cię proszę, Karkonosze!

Wybór tematu na dziś nie był rzeczą najłatwiejszą. Przyznać muszę, że uzbierało mi się trochę tych mniejszych lub większych wyjazdów, które powinny się - tak myślę - tutaj znaleźć, i nie do końca wiedziałam od czego zacząć. Ostatecznie padło jednak na góry, bo góry kocham i już zaczyna mi ich brakować. Wspomnienia są dość świeże, ponieważ pochodzą z minionych właśnie wakacji. Tym razem nie Tatry, a Karkonosze. Chodźcie na wycieczkę! :)

fot. Kasia Kowol



Zanim zacznę, to chciałabym jeszcze nadmienić, że dzisiejszy wpis będzie dotyczył samych gór i miasta. Część muzealna jest na tyle rozległa i ciekawa, że postanowiłam zachować sobie ją na osobny wpis. Tymczasem, kanapki do plecaka, plecak na plecy, i tak z kanapkami na plecach możemy wreszcie wystartować!

Pierwszy kilometr
Po pierwsze: muszę przyznać, że dobrze ruszyć w Karkonosze, po ciągłym odwiedzaniu Tatr. Chociaż krajobrazowo te drugie w mojej opinii wygrywają, to te mniejsze też mają swoje liczne zalety. W zasadzie, to taką zaletę, która przesłania i generuje następne: jest tam dużo mniej ludzi. DUŻO MNIEJ. Zdarzały się sytuacje, że szlak był zupełnie pusty - chociaż wyjazd miał miejsce w samym środku sezonu (przełom lipca i sierpnia). Mniej ludzi to też mniej hałasu, mniej śmieci i brak konieczności przepychania się na szlaku. Gdy maszerowałyśmy dzielnie na Śnieżkę, to mały tłumek spotkałyśmy dopiero przy Domu Śląskim i na szczycie. Niemniej jednak, i tak było tam bardzo przestronnie i przewiewnie (ze szczególnym naciskiem na przewiewnie ;)). W życiu nie zamieniłabym tego na stanie w kolejce w drodze na Giewont! Zmarzłam, ale warto było! Tym bardziej, że tras, które tam prowadzą jest do wyboru do koloru. Szczerze polecam! Poniżej kilka zdjęć na zachętę ;).
fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol

fot. Kasia Kowol


o tak właśnie było zimno! / fot. Kasia Kowol


Drugi kilometr
Chociaż Karkonosze znacznie niższe są od Tatr, to nie znaczy, że i tu nie można się zmęczyć. Owszem, można. Szczególnie wtedy, kiedy jesteście w najostrzejszej fazie kataru, nie planujecie wycieczki w góry i nagle podczas spaceru staje przed wami "jakaśtamprzełęcz". Gdyby tylko stała, ha! Ta właśnie "jakaśtamprzełęcz" patrzy na was z wyższością i mówi: "nie wejdziesz". Oczywiście, wtedy pada wszystkim dobrze znana odpowiedź**, no i wchodzicie. Na początku jest lekko i przyjemnie, las, równy teren, myślicie sobie: "sosenek się nawdycham, katar wyleczę". Potem wyskakuje ostre podejście, które ma trwać chwilę, która trwa z godzinę i tak z jęzorem na brodzie lądujecie na tej niewinnej przełęczy. Zmęczeni, ale szczęśliwi! I to jest właśnie fajne w tych górach - niby nie tak szalenie wysokie, ale bywają tam podejścia, który nawet najwytrwalszym dadzą w kość! Poza tym, w drodze na Sowią Przełęcz, można było przejść przez Krucze Skały. Jakby ktoś zawsze miał ochotę na wspinaczkę po skałach, ale do tej pory nie miał na to ani kondycji ani odwagi, to właśnie tu może poczuć się jak prawdziwy kozak. Gdzieś tam rozum podpowiada, że to łatwa trasa, ale i tak czujesz się jak król skał :D A na końcu tej wspinaczki, możesz dodatkowo zasiąść na tronie (jak na prawdziwego króla przystało B-)).

stanowisko poważne, to i mina poważna! / fot. moja mama :)


fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol


Trzeci kilometr
Nie samą wędrówką żyje człowiek, więc na trzecim kilometrze wypadałoby coś zajeść! Wszyscy wędrowcy pewnie wiedzą, że nie ma nic lepszego niż dania z owocami sezonowymi w górskich schroniskach, najlepiej w towarzystwie pysznej herbatki z cytryną albo sokiem malinowym. Nam do gustu jakoś szczególnie przypadło schronisko Na Łomniczce, które w swojej ofercie miało m.in. naleśniki z jabłkami, truskawkami, borówkami i nie pamiętam czym jeszcze, ale był pyszne! Dodatkowego uroku dodawały przytulne wnętrze, brak kolejek i koty, które łasiły się do każdego i czekały na szynkę, kiełbaskę i jakąkolwiek część kanapek turystów, która zawierała w sobie mięso. Potem można było już śmiało ruszać do Samotni, ale o tym pisać nie należy, na to trzeba po prostu popatrzeć.
fot. Kasia Kowol


Samotnia / fot. Kasia Kowol


fot. Kasia Kowol


schronisko Na Łomniczce / fot. Kasia Kowol

Czwarty kilometr
Była górska wycieczka, a teraz trzeba powoli już kierować się do miasta. Miasta, które na pierwszy rzut oka może dziwić turystę przywykłego do zakopiańskiej kultury góralskiej, ale które - jak się jednak okazuje - ma wszystko co trzeba. Na początku było dla mnie dziwne, że nie każda knajpa jest drewniana i nie gra w niej kapela góralska, a ścisłe centrum nie szczyci się rekordowymi dochodami ze sprzedaży oscypków. Dlatego, czułam się nieco dziwnie i jakoś tak "nie po góralsku". W miarę upływu czasu, jak już się człowiek z tym oswoił, to pomyślałam, że to w zasadzie fajne. Bo czemu mają kreować tu na siłę taką atmosferę jaka jest w Zakopanem? Zakopane to Zakopane, a Karpacz to Karpacz i niech tak zostanie. Poza tym, miejscowa architektura obfituje w stare i jak się domyślam częściowo poniemieckie piękne kamienice z drewnianymi elementami (nie znam się na architekturze, nie umiem inaczej opisać, polecam zobaczyć na własne oczy:)). Mają też ciekawą drewnianą skocznię narciarską, na której całkiem niedawno hopkał sobie sam Adam Małysz (chociaż kwestia tego malowniczego akwenu wodnego na dole jest zastanawiająca :D). 

fot. Kasia Kowol




fot. Kasia Kowol


Piąty kilometr
Schodząc ze skoczni, dobrnęliśmy do ostatniego kilometra naszej wycieczki. Podsumowując, zarówno góry jak i miasto skradły część mojego wędrownego serduszka i nie mam żadnych wątpliwości, że jeszcze tu prędzej czy później wrócę. Ci z was, którzy zdążyli podczas tego krótkiego spaceru troszkę polubić tę część Polski, już teraz zapraszam na drugą część wycieczki, tym razem z muzeami w roli głównej. Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego nie trzeba zwiedzać świątyni Wang z przewodnikiem w języku niemieckim oraz co za osobnik błąka się po cienistych ścieżkach Karkonoszy, to zapraszam już wkrótce! :)  

fot. Kasia Kowol

**JA NIE WEJDĘ????


Share:

środa, 23 września 2015

Czasem smutno

Tutaj miał powstać bardzo pozytywny wpis. Planowałam go już od kilku dni i był dedykowany specjalnie na pierwszy dzień jesieni, żeby rozpocząć ją z należytą energią. Jednak po dzisiejszym zakończeniu Pucharu Świata nie jestem w stanie się zmusić do pozytywnej motywacji i na siłę tego robić nie mam zamiaru. Być może powstanie on tutaj wkrótce, ale dzisiaj będzie na smutno. Bo w życiu nie zawsze jest tak, że trzeba srać tęczą, szczególnie jeśli się jej wcześniej nie zjadło. Zapraszam zwyczajnie na wyjątkowo nieradosny post.



Gwoli wyjaśnienia. U mnie wszystko w porządku i nie mam na co narzekać. Jednak każdy kto czyta tego bloga albo chociaż trochę interesuje się sportem, wie, że dzisiaj polscy siatkarze rozegrali ostatni mecz Pucharu Świata w Japonii. Potężna impreza, gdzie przez dwa tygodnie prawie codziennie stajesz na boisku i walczysz jak szalony o pierwsze bądź drugie miejsce, bo tylko one dają ci kwalifikację do nadchodzących igrzysk olimpijskich. Polacy spisywali się chyba lepiej niż ktokolwiek mógł przed turniejem przypuszczać. Do tej pory wygrali wszystkie mecze, szli jak burza, a dzisiaj wystarczyłyby tylko dwa sety wygrane z Włochami, żeby mieć ten upragniony awans na igrzyska. Nie udało się jednak, chociaż wszystko wskazywało na to, że cała ta historia zakończy się happy endem. I srał pies ten brązowy medal i brak kwalifikacji – najbardziej żal chłopaków, którzy przygotowywali się do tego turnieju bardzo długo i zostawili tam mnóstwo zdrowia i serca. Kibice wiedzą o jakie uczucie mi chodzi, a ci, którzy się sportem nie interesują, niech sobie przypomną jak to było gdy uczyli się na egzamin jak nigdy i nie zdali. Albo dołożyli do jakiejś sprawy wszelkich sił i nie poszło. No, to właśnie o to chodzi. Jeśli do tego dochodzi obrazek załamanego Michała Kubiaka i ledwo powstrzymujących łzy Fabiana Drzyzgi i Piotrka Gacka na trzecim stopniu podium, to oczy same robią się wilgotne i nie ma mowy o pozytywnych emocjach :(.

Czasem są takie chwile w życiu, że najnormalniej w świecie robi nam się smutno, bo nie możemy nic poradzić na zaistniałą sytuację i to może dotyczyć jakiejkolwiek sfery naszej egzystencji na tym świecie. A że psychologowie ciągle powtarzają, że uczucia trzeba umieć nazywać i sobie je uświadamiać, to czasem dobrze w takich sytuacjach się na siłę nie uszczęśliwiać tylko dobić, posiedzieć trochę w tym smutku, a potem się ogarnąć, otrzepać i iść dalej. Poniżej kilka propozycji na nieco smutniejszy wieczór, kiedy nie mamy ochoty oglądać komedii albo występów kabaretowych. Może komuś też się właśnie dzisiaj przydadzą.

Muzyka
Zawsze zdaje egzamin w takiej sytuacji i jest chyba pierwszą rzeczą, bo którą sięgam wówczas. Z reguły pozwala zejść na sam dół w miarę bezboleśnie, a potem dość lekko stamtąd wyjść. Oto kilka propozycji, które zazwyczaj działają bez zarzutu!


Fisza słucham zarówno gdy mam dobry humor, jak i ten gorszy - magia jego piosenek polega też na tym, że idealnie wpisują się w różnorakie nastroje. Szczerze polecam ("Sznurowadła", "Polepiony" też dają radę).





Tutaj pozostajemy w temacie z tą różnicą, że ta piosenka jest spokojniejsza i jakoś tak bardziej rozdzierająca, ale jednocześnie piękna!




Ta piosenka ma tu szczególny wydźwięk. Nie trzeba więcej komentować

Inne bardzo trafne pozycje to np.:

Największą zaletą tych wszystkich utworów jest to, że przy dobrym nastroju zapewniają świetne doznania muzyczne, a przy dołującym oswajają rzeczywistość.

Filmy
Są i filmy, które niekoniecznie zawsze mają za zadanie dołować, ale czasem po prostu w taki sposób oddziaływają na emocje konkretnej osoby, którą w tym przypadku jestem ja. Proszę, może was też coś zainspiruje.

Co jest grane, Davis? Film z ultraprzystojnym Oscarem Isaacem w roli pierwszoplanowej i Justinem Timberlakiem w drugoplanowej. Film braci Coen, którego ja pewnie nie potrafię właściwie docenić, ale zapamiętałam go jako produkcję o tym, że nieważne jak się starasz - i tak ci nie wyjdzie, i to nieprawda, że w życiu możesz być kim chcesz.



Ciekawyprzypadek Benjamina Buttona <- klik z rewelacyjnym Bradem Pittem w roli głównej. Benjamin rodzi się stary i potem młodnieje i umiera jako noworodek.

Wspólna i rewelacyjna produkcja BBC i TVP1 Dzwony wojny <- klik opowiadająca historię żołnierzy walczących przeciwko sobie w okopach w czasie I wojny światowej. Po obejrzeniu ostatniego odcinka chciałam, żeby mnie ziemia wchłonęła z rozpaczy (zaznaczam, że jest to bardzo piękny i wzruszająca historia!)



Dziewczyna z lilią nie do końca wiadomo o co chodzi w tym filmie i gdzie zmierza fabuła, ale nie pamiętam żeby jakiś film przejął mnie takim smutkiem. Znakomita zabawa kolorami i formą. Obecnie czytam książkę i zobaczymy jakie będą wrażenia po lekturze. Niech was ten bajkowy trailer nie zmyli!

Ponadto:

Gran Torino <- klik

Od razu chcę zaznaczyć, że te filmy są piękne i równie dobrze nadają się na radosny wieczór, ale znacznie lepiej wpisują się w gorszy nastrój i może warto je sobie na taki czas właśnie zostawić.



I to by było tyle jeśli chodzi o smutki na dziś. Już wkrótce zapraszam na wpis o Karkonoszach, który jest obecnie w przygotowaniu. 

Dla miłośników sportu i siatkarzy na pocieszenie już niedługo Mistrzostwa Europy i tam się odegramy! I żeby już nie było tak kosmicznie smutno, to fajnie, że Lewy strzelił te 5 goli na raz. No ;).


Wszystkie filmy i nagrania, które znalazły się w powyższym wpisie pochodzą z portalu Youtube i są własnością ich twórców.
Share: